Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 273 136 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


AAAAAAZDECHLAKA oddam tanio!

środa, 30 września 2009 18:46

Sprzedam Zdechlaka rocznik 1996 (to był rocznik!)
Zalety  :
1) Mały
Wady :
1) Mały
Wyposażenie :
1) Radio full wypas z Biedronki - dorzucam gratis!!!
Dodatkowe zalety auta :
1) Jeździ

....Tylko poważne oferty bez zdjęcia...

P.S.
1)Gdyby koleżanka G. nie byłą tak uparta i dałaby się namówić na zrobienie prawa jazdy, to tego zdechlaka dostałaby ode mnie gratis;)
2)Gdybym miała cieplejsze obuwie zimowe z bardziej przyczepną podeszwą, to tego zdechlaka jeszcze przetrzymałabym przez zimę
3)Gdyby Validol miał na mnie większy wpływ niż ma, to bym tego zdechlaka zostawiła mu pod garażem w ów czas.
4)Gdyby kol.Stschech nie używał aut do wyrywania dziewcząt, to tego zdechlaka wysłałabym mu pocztą z pełnym bagażnikiem kulek z papieru (rzucałby przynajmniej tylko kulkami zamiast rzucać kobiety)
5)Gdyby koleżanka C., żona Skrytego chętniej zabrałaby się za szukanie kupca-jelenia, to odpaliłabym jej stówę:(
A tak :
SPRZEDAM ZDECHLAKA i cała stówa ze sprzedaży będzie moja!
!



komentarze (7) | dodaj komentarz

Oooszlagbyto!

wtorek, 29 września 2009 19:15

Strasznie się wkurzyłam!!!!  Strasznie się nabazgrałam, bo wenę miałam....i mi się wpis nie opublikował!!! Teraz weny nie mam i będę żądać wielomilionowego odszkodowania za straty moralne!!!
I sru!



komentarze (2) | dodaj komentarz

Carramba...

niedziela, 27 września 2009 9:57
Czy kiedykolwiek w życiu będę mogła wyspać się w weekend???
Nie należę do śpiochów i wylegiwaczy ale marzy mi się takie wylegiwanie się po mojemu czyli tak chociaż do siódmej...
Nocne życie kwitnie człowiekowi z soboty na niedzielę, no bo kiedy ma kwitnąć...a tu ciemna noc o poranku i :"mama wstawamy!". Poważny przedłużył sobie nastrój i zwiał z chaty po jakieś szyby!  W niedzielę - kurdebalans! O dziewiątej rano! A ja - dozoruję jak Mała Piękna zmywa naczynia! Trochę w zlewie zmywa, trochę na podłodze a trochę na swojej własnej piżamie. Mięcho na niedzielny obiad już skwierczy w brytfannie, kapusta się kroi i zalewa oliwą, Berło śpi...Podłość ludzka nie ma granic...
Nie wiem czy się wściec czy może zwiać...
Wybieram jedno i drugie..
Tyle, że wściec się mogę "na żywca" a uciec jedynie "w duchu"...
]:-|*-O

komentarze (5) | dodaj komentarz

Z potrzeby serca...

sobota, 26 września 2009 13:50
Dziś z potrzeby serca zajmę się czymś poważnym(*-*)

komentarze (2) | dodaj komentarz

Niech mnie nazwą!

piątek, 25 września 2009 22:45

Pożegnałyśmy dziś praktykantkę przez duże Pe! Laska fantastyczna...zdolna...chętna do pracy i w dodatku - LOGICZNIE MYŚLĄCA! W przeciwieństwie do praktykanta, który był u nas wcześniej, bo był to praktykant przez małe pe. Z zalet praktykanta mogę jedynie wymienić to, że był wysoki. A niech mnie nazwą damską, szowinistyczną świnią - twierdzę, że faceci w pracy nadają się zupełnie do niczego. Ewentualnie jak kolega Mecenas do odbierania moich telefonów i straszenia koleżanki G. wraz z narzeczonym kolegą D., że niby zgubiłam mój telefon na ulicy, nawet ten stacjonarny. Praktycznie rzecz biorąc pełen niespodziananek piatek nie dawał nam wytchnienia. Prócz pożegnania były i powitania. W dodatku paradoksalnie na pożegnanie ostatniej roboczogodziny rozwarły się drzwi i oczom naszym ukazaś się RYŚ. Najprawdziwszy, z krwi i kości RYŚ! Ryś a właściwie Ryszard, chociaż postura faceta raczej skłania mnie ku Rysiowi. Człowiek, który zwykł był mawiać, że "zasadniczo mogą mnie teraz wszyscy pocałować w czwórę" pracował z nami przez czas jakiś, znikł i po dwóch latach objawił się ponownie. Cóż, rzuciłyśmy się Rysiowi na szyję (Poważny jest tolerancyjny ale nie wiem jak to zniesie kol.D.???)...koleżanka G. zapewne myślała w tym momencie o Rysiu sprzed lat paru wkraczającym do naszego pokoju z różą w zębach w rytmie jednej z piosenek Michaela Buble. Mniejsza o to. Ryś przejechał 170 km po to, by nas pocieszyć. W każdym razie takie odniosłyśmy wrażenie. Summa summarum po jego wyjściu szczypałyśmy się nawzajem nie będąc pewnymi czy czasami jednak może nie odbywało się to wszystko wyłącznie w naszej schorowanej wyobraźni. Tym bardziej, że Ryś wspomniał na odchodnym jak to "chowaliśmy się po szafach" i za cholerę nie mogłyśmy sobie przypomnieć okoliczności. Pamięć zawodna bywa. W końcu wzięłam torebiankę i poszłam sobie w długą. Pozbierazłam kasztany z dachu zaanektowanego diesla i ruszyłam do domu...no i w co nie uwierzy zapewne nikt inny poza koleżanką G., śledził mnie przez jakieś 500 m najprawdziwszy pączek czerwoną skodą...koleżanka G. może jednak nie uwierzyć w to, że zgubiłam buty, które mi dzisiaj przyniosła. I w związku z tym ostatnim naprawdę nie wiem czy dzisiejszy dzień dział się naprawdę czy tylko mi się to wszystko wydawało. Niestety - w dniu którym imieniny obchodzi Kleofas inaczej być nie może.
Zatem :
Z różą w zębach



komentarze (6) | dodaj komentarz

Bez...

czwartek, 24 września 2009 21:34
... kobieta bez samochodu wraca do domu otorbiona:-/

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ja wysiadam...

środa, 23 września 2009 18:00
Zdechlak rano odmówił dalszej współpracy...skandal. Odmówił między dwoma tramwajami w poprzek skrzyżowania 4 ruchliwych ulic. Cham. Szpileczki, spódniczuszka, okularki przeciwsłoneczne i rudy łeb same sobie przepchnęły zdechlaka kilka metrów dalej aby towarzystwo uprzejmych dżentelmenów , w tych swoich jak mniemam niedoczyszczonych papciach ze słomą wystającą spod pięty, mogło pognać bez przeszkód do biur...W młodzieży ostatnia deska ratunku...wyrwałam na ochotnika młodzieńca niespiesznie podążającego do szkół, który dokończył dzieła przepychania. Naładowałam do siaty skarby, które zwykle jeżdżą ze mną (jakieś 10 kilo), wystawiłam trójkąt (cholera taki wielki, że ledwie zmieścił się na tej  tylnej półce), zamknęłam nadwątlone basami drzwiczki na klucz i absolutnie pełna szcześcia w pierwszy, przecudnej urody jesienny poranek przemierzyłam piechotą kilometr do pracy.Tam skradłam koleżance G., narzeczonego-kolegę D. w niecnym celu wypalenia fajeczki. Wypłakać się w mankiet nie mogłam, ponieważ odziany był w T-shirt z napisem...wydaje mi się "fuck of"...no i te rękawy kończyły mu się na długo przed łokciem. Generalnie, z przerwą na ankietę o toaletowym papierze, dotrwałam do momentu, gdy przyjechał po mnie Szybki Lopez vel Poważny. Odpalił zdechlaka...i pognał na jednym cylinderku (a wszystkiego - dwa) przed siebie, każąc się dorwać na wiadukcie. Pojechałam za nim ale nie znalazłam, objechałam pół dzielnicy będąc przekonaną, że musiał gdzieś utknąć. W końcu nie wytrzymałam i na bezczela jadąc za radiowozem wykonałam rozmowę telefoniczną :
- Gdzie jesteś? Pytam Szybkiego Lopeza
On : - Tam, gdzie miałem być!
Wyprzedzając ten cholerny radiowóz  znalazłam Poważnego blokującego ruch na dojeździe na Hetmańską. Dalej niestety musiałam się przesiąść, dać się przywiązać do linki i wlec się grzecznie za Poważnym...Był tak wkurzony, że ciągnąl mnie z prędkością 70 km/h i doprowadzał do szaleństwa na zakrętach, bo ta odśrodkowa siła wywalała mnie kompletnie bezwładną na przeciwległe krawężniki...ale żyję. Za to zdechlak nie żyje i zapadł na to samo co przed miesiącem i nasz sąsiad - mechanik na moich własnych oczach rwał sobie spore kępy  włosów z głowy..."znowu, pani kochana, znowu...". Facet będzie się nas bał!
Ale , w sumie nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło...dokonam aneksji diesla (dowód rejestracyjny już mam!) a Szybki Lopez vel Poważny da sobie radę. Wszak to dżentelmen...ale taki "echtes" jak "echtes Leder".

komentarze (2) | dodaj komentarz

Równonoc...tak dla równo-Wagi...

wtorek, 22 września 2009 22:51

Po lecie, po lecie...poszło, minęło...Byłam przed chwilą spojrzeć na niebo. Teraz zaczyna się niebo przez duże "N"! Błyszczy! Przy wszystkich mankamentach jesieni, zimy i wczesnej wiosny , gdy tylko nie leje, nie siąpi, to niebo jest wtedy takie...eh, że naprawdę odechciewa się spać. A dla Wagi to COŚ!
Teraz tylko trzeba:
1) przejrzeć jesienną garderobę
2) odwiedzić szewca
3) spakować w worki basenik, materac, huśtawkę
4) naszykować sobie książek i płyt na długie wieczory albo raczej papierów z cyferkami do wpinania
5) naprawić ogrzewanie tylnej szyby i kupić silniczek do spryskiwacza
6) poprosić sąsiada, żeby  przekopał 10 m2 trawnika na ogródek warzywny
7) oberwać resztę gruszek
8) zasadzić tulipany, krokusy, przebiśniegi i różne inne takie tam kwiatuszki
9) zawezwać kominiarza
10) popaść w melancholię
............................................................................................
i grabić liscie grabić liście grabić liście grabić liście grabić liście grabić liście grabić pozbierać orzechy grabić liście grabić liście grabić liście grabić liście grabić liście grabić...

 



komentarze (1) | dodaj komentarz

No do rury, no!

poniedziałek, 21 września 2009 18:32
Zabrałam się za zaległą prasę dzisiaj czyli przeczytałam od dechy do dechy reklamowe gazetki różnych okolicznych geszeftów. Ciekawa lektura. Bardzo rozwijająca. W jednej sieci handlowej można nabyć "przyrząd kucharski za 0,99 zł", który z wyglądu jest podobny zupełnie do niczego a w innej za jedyne 3,99 zł "skarpetki wypoczynkowe". Skarpetkami wypoczynkowymi jestem zafascynowana i z pewnością bym je kupiła, gdybym sklep, w którym je sprzedają miała po drodze. Niestety nie mam a sprzedaży wysyłkowej sklep nie prowadzi:(. Tak poza tym, to przez zaufanie do kolegi Wigilijnego i bolący ząb oberwało mi się od Hrabiego, brata Berła i koleżanki C., żony Skrytego za nasłanie na nich WODOCIĄGÓW. W związku z traumą, którą przeżyłam postanowiłam skończyć z sobą najpierw topiąc się w wodociągowej rurze. Niestety, nie znalazłam wlotu rury odpowiedniego dla moich gabarytów (wylewki kranów były stanowczo za małe). Próba wyskoczenia przez okienko windows też się nie powiodła a już kompletną porażką stało się wieszanie na papierze toaletowym. Mam nadzieję, że po tym wyznaniu Hrabia, Wuj i koleżanka C., żona Skrytego mi wybaczą. Teraz z pewnością telefony od kilku kolejnych członków rodziny i całkiem sporego grona znajomych doprowadzą mnie do apopleksji...cóż - Wigilijny będzie objedzony do ości "następną razą", no chyba , że nie będzie "następnej razy", bo ktoś już poszedł vabank i gość się skrył na Kamczatce.
Eh,...a ja głupia to wszystko w trosce o ich nerki i pęcherze moczowe,i osad nazębny;-(

komentarze (5) | dodaj komentarz

Hipnoza=jedyne wyjście...

niedziela, 20 września 2009 20:10
Kiedy wszystkie dzieci już śpią a szczególnie te, które mają chore np.uszy, moja Mała Piękna mimo tych cholernych uszu jeszcze buszuje. Wszyscy domownicy chodzą z zapałkami pod powiekami, śpiąc na stojąco...a ona ma chęć w najlepsze się bawić. No słodka jest, słodka! Namawiam, marudzę,że nie urośnie jak nie będzie spała, zachęcam do snu budując łóżko z baldachimem na prędce-NIC! Wczoraj padła o 22.30 a wstała o 6.30... A gdyby tak pójść na kurs hipnozy i o 19.30 po bajce zahipnotyzować ją, żeby tak chętniej położyła się i zasnęła????
Zdesparowani rodzice, którym zdechło "wieczorne życie we dwoje" z powodu chronicznego "napyskpadania" szukają wyjścia z patowej sytuacji    ...
...........................................................................................................................................................
...|-o zZ... zZ... zZ... i ;-[

P.S. g.20.56
Mała Piękna przegląda gazetkę Życie na Gorąco (Dżisas, kto to kupił!?!) . Pytam co robi a ona:
- Mama, zaliczam chłopaków
Ja : - co takiegoooo???
Ona : - zaliczam chłopaków  bo dziewczyny już zaliczyłam (tu zrobiła ptaszka czerwonym długopisem przy fotce jakiegoś aktora)
Ja : - jak to zaliczasz?
Ona :- no mama, nie rozumiesz? Zaliczam, którzy ładni a którzy się nie nadają
Ja : - do czego się nie nadają?
Ona : - no do oglądania
!!!

komentarze (2) | dodaj komentarz

Hm,...

sobota, 19 września 2009 16:41

Mała Piękna jakby lepiej.
Poważny o dziwo był w pracy ale swojej etatowej. Unika mojego "biurka" jak ognia. Cóż, powiedział mi kiedyś, że jak go będę traktowała jak pracownika, to on chrzani taką robotę. Nie rozumiem gościa. Nie będę go traktowała jak pracownika, bo przede wszystkim nie zamierzam mu płacić! Boi się mnie czy co? A ja na pysk padam.Klajenta obsłużyłam, jakkolwiek to brzmi, wróciłam, naładowałam dzieciaka sterydami, nakarmiłam wszystkich obiadem i dawaj szykować stertę papiórków na wieczór do opracowania. A Poważny tup tup tup, pojechał do empiku, po płyty dwie.Połazi, poogląda, poszwęda się a ja ...gore! Nawet na mojej wiśnióweczce już specjalnie mi nie zależy. Wyleję ją do zlewu i już. Na złość.
Z tej mojej kanciapy pod schodami przez okieneczko jak na Pawiaku, na niebo mam widok i na moją gruszkę, i cholenie mi żal, że to jednak już koniec lata. Niby słońce, niby ładnie, niby jakieś motylki a tu kurdę nad ranem mróóóóz. Budzę się z zimna i okno zamykam! Ja okno zamykam! Ja, która zimą wyłażąc na fajeczkę przed dom nigdy kurtki nie zakładam a bieganie po śniegu w krótkim rękawie wyssałam z mlekiem Berła, czapki mam w godnym poszanowaniu póki nie zobaczę na termometrze  minus 10 pod warunkiem, że wieje, bo jak nie wieje, to czapki dalej leżą w szafie, ja we wrześniu sobie w sypialni okno zamykam! Niedorzeczne. Może przez tę tarczycę na wpół żywą tak mi zimno jest.
A poza tym jesień mnie nastroiła do wygrzebania pośród winyli Grechuty z Jandą i taki oto wiersz Leśmiana ś.p. Marka Grechuty  głosem zaśpiewany przypomniał mi się, chodzi za mną w postaci piosenki i się chcę podzielić (niechby i za Wami pochodził) :

Zazdrośnicy

Zazdrośnicy daremnie chcą pochlebić pierwsi
Czarom, skrytym w twym ciele z moją o nich wiedzą!
Oczy, co się rzęsami nie tknęły twych piersi,
Czyliż pustym domysłem te czary wyśledzą?

Kto w chwili pocałunków nie zagrzał swej dłoni
Na twych bioder nawrzałej żądzą przegięcinie,
Nie potrafi określić upojeń tej woni,
Co z ciebie, jako z róży, snem potartej, płynie.

Kto ustami w nóg twoich nie wdumał się dreszcze,
Nigdy dość nie wysłowi twych oczu omdlenia,
A choćby je dzień cały badał bez wytchnienia,
Nie wypatrzy z nich tego, co ja z nich wypieszczę

.......................................................................................................................................................................................... 
Czyż nie piękny...?
Takich wierszy już dziś nikt nie pisze ((o_o))
                                                                     

                                                                      



komentarze (2) | dodaj komentarz

Doktor Honoris Causa

piątek, 18 września 2009 22:20
A taki tytuł dzisiaj notce nadałam, bo kompletnie nie mam na niego pomysłu. No bo co, no? Mała Piękna poszła do przedszkola. Nie zaczynała 1 września, no bo jak? No musiała sobie zachorować. Tak więc poszła w miniony poniedziałek dotrwała do czwartku i dostała gorączki. Gardło i uszy. Mam ochotę napisać tutaj druzgocące,budowlane przekleństwo ale się jednak opanuję i dam skrót :a niech to j.ch.strz.q.jego.m.. Ja zdychałam od soboty i w czwartek zdatna do użytku poszłam do pracy a ta Mała padła. Siedzę przy niej, okłady jej robię i usiłuję zwalczyć 39,9. Nie za bardzo mi to wychodzi. W dodatku boli mnie "zafleczerowany" ząb i zaraz mnie szlag trafi, bo muszę ten fleczer własnoręcznie sobie wydłubać.
Poważny = muzyczka i relaksik. Zbiera mu się, zbiera. Czasem tak sobie myślę : jakbym tak nabyła na czarnym rynku dwururkę i wypieprzyła w ten jego grający sprzęt, może by się wreszcie ocknął. Nie ma co, jutro sadzam go przy kompie w biurze i będzie grzecznie pracował.
A ja?
Ja = relaksik i muzyczka.

komentarze (3) | dodaj komentarz

Makrofaga z selgrosofagiem species (Hrabia, 2009) przyjmę!

środa, 16 września 2009 14:20

Dzięki Hrabiemu, odkrywcy nowego gatunku o czym w temacie, w nawiasie (dla niewtajemniczonych), któren ma na mnie wenotwórczy wpływ, postanowiłam wyleczywszy nieco mój przewód pokarmowy YDYP, średniego napięcia (już na szczęście) przyjąć w sobotę doustnie w ilościach hurtowych nalewki wiśniowej. A dlatego, że jedynie hurtowe ilości specyfiku mogą makro- i selgrosofagi ku lepszemu poprowadzić. Nawiązując do tego czego ze szkół człek nie wynosi, to powiem jedynie, że w Waści wyuczonym zawodzie babiniec i ani chybi sprzęta też bardzo sfeminizowane nazwy noszą, dość wspomnieć rzeczoną pipetę (uprowadzoną jak te Sabinki). Chylę czoła, chylę czoła przed wiedzą Waści ocalałą jednakowoż a minęło już prawie 20 (słownie: dwadzieścia) lat! Mnie znienawidzone nauki zgłębiane w laboratoriach nic nie dały, prócz rąbniętej, absolutnie już wóczas nieaktualnej Diagnostyki mikrobiologicznej wydanej w 1951 roku (jak ja już coś rabnę, to jak z kol.R., tę cholernie ciężką ławkę - na nic się nie przydało). Ja wolałam w terenie (ba! w terenie! w krzaczorach!) na makromycety dybać:) ...
A teraz idę zaparzyć sobie Hypericum perforatum L.

P.S. g.18.31
Takowoż jednak Hypericum podziałał i sącząc napój-fuj pomyślałam sobie, że jakby jednak laboratoria były w głównej mierze zmaskulinizowane męską załogą, to nazywałyby się PIPETSHOP BOYS (Lab.)



komentarze (6) | dodaj komentarz

Leki...

wtorek, 15 września 2009 11:39
No mam coś na żołądek i nie tylko. Co mi jest? Nie waaażneee. W każdym razie podobno pomaga na to odgazowana kokakola. Mi już tylko sucharki zostały chociaż też nie cieszą przewodu pokarmowego.
I zimno jest na dworze! Dlaczego??? Nie kumam. Przecież nawet lato się na dobre nie zaczęło a tu jakieś wichry zimowe. I rano o szóstej jest jeszcze ciemno a po siódmej wieczorem już też z pochodnią należy z domu wyjść.
Paskudnie.

P.S. g.17.15
Patrick Swayze - jarał 3 paczki papierosów dziennie...o świeć Panie nad jego duszą!
Ja znowu palę, boli mnie ząb i już wiem dlaczego na dworze było zimno - termometr zainstalowany "pod paszką" wskazywał aż 38,4! Kol. G. twierdzi, że ja nieodporna jestem i łapię wszystko co popadnie. Jasny tyłek! Hrabia powinien to wiedzieć (nic o jasnym tyłku, żeby nie było) z racji wyuczonego acz dawno porzuconego zawodu (a uczył się go w czasach, gdy mocz pacjenta wciagało się do pipety, że tak powiem, buźką;)).
Tak więc, czy Hrabia może autorytatywnie stwierdzić, że odporność ludzka jest odwrotnie proporcjonalna do liczby makrofagów wędrujących czy jak? Bo ja, kurdebalans, już zapomniałam.

komentarze (1) | dodaj komentarz

Lęki...

niedziela, 13 września 2009 14:45
Budzę się ostatnio  około trzeciej nad ranem z przeświadczeniem, że nie zostało mi już wiele czasu!?! I cholera nie wiem co o tym myśleć. Godzina taka szatańska, jakby mnie jakieś złe duchy nękały. No mam bzika a i owszem ale żeby aż tak. Horrorów nie czytałam już jakieś 3 miesiące więc co to ma być? Ja chyba za mało wakacji miałam w tym roku jednak mimo wszystko. Raptem 6 dni  w sensie wyjazdu poza ten paranoiczny dom. I drugi lęk przed...tym, że zadzwoni telefon - szajba total. Poza tym tak się czuję od wczorajszego wieczoru, że najchętniej powiększyłabym grono aniołków.
 Ratunku, doktora mi trzeba.
Tak więc muszę  nieco podleczyć i łeb, i żołądek, i finanse.
Ciało leczyć będę w przychodni a finanse - Poważnym.
Idę sobie zaparzyć dziurawca...

komentarze (3) | dodaj komentarz

1000 razy NIE...

sobota, 12 września 2009 17:42
Nie i nie...
Nic mi się nie chce...
Nie chce mi się sprzątać...
Nie chce mi się placka piec...
Nie mam siły na nic...
Nie będę odkurzać...
Nie będę zarabiać...
Nie będę odpowiadać na debilowate pytania Berła...
Nie będę się uśmiechać do Poważnego, bo NIE!!!! (dość już tego mizdrzenia się!!!!)


Piwo?
Nie powiem nie!

P.S. g.19.15 ...
Powazny przytargał Ciociosan (będzie się działo???) w każdym razie nadal mam nastrój jak ta owieczka na obrazku (autora o zgodę nie prosiłam, mam nadzieję, że do sądu matki samotniewychowującej Berło Poważnego i Małą Piękną nie poda) - obrazek skasowany, boję się :( -

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zakładam...

czwartek, 10 września 2009 19:54

Nie się zakładam ale zakładam nieformalną

FUNDACJĘ "30 DNI DO PIERWSZEGO" ,

stowarzyszenie ludzi poszkodowanych przez własną pensję łajdaczkę-jednodniówkę,

która pojawia się, nie można jej dotknąć i znika aż na następnych, długich jak polarna noc 30 dni!

ZAPISY PROWADZĘ W KOMENTARZACH
PROSZ. BARDZ.:



komentarze (4) | dodaj komentarz

Wszyscy stąd zwiali?

środa, 09 września 2009 20:16
Temu, kto dziś uraczył mnie swoim głosem przez telefon...
 Jakby nie było lata całe się nie słyszeliśmy a wieki nie widzieliśmy. Rozmowę przerwano nam tak brutalnie, że walnęłam ze złości telefonem w krzaczory. Stacjonarnym telefonem, komórki byłoby mi jednak żal. Próbowałam tłumaczyć się nieco, że to, że tamto, że było tyle świąt, tyle wakacji, tyle spraw do pozałatwiania i tyle tego a tamtego, że poszło się za każdym razem gwizdać pragnienie nawiązania telefonicznej rozmowy (pokrętne?owszem pokrętne). Ale przy okazji dowiedziałam się, że już nie moje miasto i nie mój ulubiony Gdańsk siedzibą Tego, który dzwonił po latach jest ale...Kopenhaga. Co zwaliło mnie z nóg, bo Ten zawsze twierdził, że TU jest jego miejsce i tu do śmierci chce żyć. I dowiaduję się , że cześć bardzo marnej ekipki z tamtych lat też się tam wyniosła i żyje normalnie z uśmiechem na twarzy. Z wyuczonego zawodu, który w Kraju Bociana i Strzechy w tyłek można sobie jedynie wsadzić . I jak tak odliczam, to mi palców na całym ciele brakuje (muszę pożyczać od Poważnego, bo ma jakgdyby więcej), żeby policzyć tych, którzy się odważyli walnąć w trąbę ten zakichany kraj i zacząć oddychać pełną piersią ,co na warunki cywilizowanego świata oznacza tyle co po prostu NORMALNIE. I mi jest żal, że nie wykorzystałam żadnej z okazji, która się nadarzała i nie zwinęłam manatek, kiedy czas był po temu. A teraz co? Teraz gniję tu usiłując żyć normalnie z uśmiechem na twarzy...i dochodzę do wniosku, że się cholera nie da. Tu się nie da normalnie żyć. Tu się wegetuje, wiąże koniec z końcem, wiecznie wszsystkiego się sobie odmawia, głupia stówa raz na trzy lata na porządniejszą torebkę stanowi wyrzut sumienia a gazownia i energetyka doprowadza mnie z tymi swoimi pieprzonymi rachunkami za zwykłe zużycie do apopleksji.
WCALE MI NIE JEST TA APOPLEKSJA POTRZEBNA!!! WCALE!!!
TAK WIĘC APELUJĘ DO ZUSU, RZĄDU I INNYCH ZŁODZIEI - ODDAJCIE MI MOJE SKŁADKI I PODATKI!!!
Bo Wam się zwyczajnie w dupach poprzewracało a ja już będę wiedziała jaki z tego użytek zrobić.
Amen.

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wyłączam się...

wtorek, 08 września 2009 6:30

Na tydzień się wyłączam i czekam "okopana" co przyniesie ŻYCIE...
...
A potem mam nadzieję na: "wyklęty powstań ludu Ziemi".
...
Systematyczność nie liczy się ze mną ja muszę się liczyć z systematycznością.
...
I cieszę się, że mam znów skypa, że mordki rodzinne z Wysp Szczęśliwych mogę oglądać na bieżąco.
...
Wot, tiechnika.
...
Tak więc : "si ju"



komentarze (2) | dodaj komentarz

7.09.09 z ogórkiem w tle...

poniedziałek, 07 września 2009 20:38
Ogórki...Koleżanka G. pognała do sklepu z obłędem w oczach w samo południe po ogórki. Przyniosła w słoiku takie w occie i małosolne w worku. Śliniłyśmy się na samą myśl o kwaszonych ogórach od samego rana. Pożerałyśmy je na stojąco na naszym zapleczu przy zamkniętych na klucz drzwiach !!! Zginąłby z naszych rąk każdy, kto próbowałby się zbliżyć do tych ogórków.  O kiszonej kapuście nie wspomnę nawet, bo już sama myśl o niej spowodowała, że slinianki mi spuchły i toczą do teraz pianę...Potem zupa serowa i czekolada popijana kawą i miętą z cytrynką...no miodzio. Ślinianki nam pracowały nadal i marzyły nam się małże,  krewetki, homary. Brakowało tylko tego, żebyśmy zabrały się za spijanie mydła w płynie, bo ma jakiś egzotyczny aromat. A robota leżała i nadal leży:( A sru...przyjdzie zima i tak będziemy zdychać z przemęczenia. Tak więc niejako na zapas się wybyczymy. Co trzeba zrobić i tak się zrobi, nie przeskoczymy żadnego terminu, żeby nie wiem co. A tak w ogóle, to ja myślę, że organizmy nasze na zimę robią sobie zapasy witaminy Ce aby w związku z panoszącym się kryzysem uniknąć szkorbutu. Nigdy nie wiadomo czy ogórek kwaszony zimą ze względu na galopującą inflację nie stanie się dobrem spoza zasięgu naszych możliwości finansowych. Tak więc ogórki na zapas jak i to byczenie się. No i muszę stwierdzić autorytatywnie, że te ogórki dodały powabu koleżance G. Przyszedł Cichociemny jak zwykle wywołany telepatycznie i spojrzał na koleżankę G., tak powłóczystym spojrzeniem czarnych oczu Freddiego Mercurego, że aż zadrżały segregatory. ON CIERPI. ON CIERPI KURZE MĘKI!!! Ja widzę, że ON jest w stanie porzucić dla koleżanki G. nawet niedojedzony rosół w domowych pieleszach aby choć przez moment móc ją ujrzeć i dotknąć swoją fakturą VAT...piękne...i jedzie w tym celu w kapciach domowych przez pół Polski...naprawdę piękne.
Koleżance G. ogórki powabu dodały a mnie już nie mimo, że byłam u fryzjera ...i nie doczekałam się powłóczystego spojrzenia błękitnych oczu kolegi małżonka...
Po czterech godzinach spędzonych razem w końcu zebrałam się na odwagę i oznajmiłam :
- Byłam u fryzjera...
- Tak???...no właśnie...no niby coś krócej jakby masz na tym czubku tu... - stwierdził niepewnie Poważny macając mój czubek
- O! Widzisz i grzywkę tak jakby mam też krócej i "naskos" - naprowadzam dalej ku komplementom...
- Gdzie? - zapytał zakładając mocniejsze okulary
- No na łbie a gdzie? - zapytałam retorycznie
- Acha... - odrzekł
...i się oddalił...
 
I to są właśnie QRWA uroki małżeństwa... albo tylko fryzjer do "dupy"...

I gdyby nie te ogórki dzień uznałabym za stracony.

komentarze (3) | dodaj komentarz

NIEDZIELA - w d*pę jeża!

niedziela, 06 września 2009 16:27
Niedziela, nienawidzę niedziel. Nigdy nie wiadomo co z tą niedzielą począć. Jeszcze muszę w biurze popracować i tyle z tej niedzieli wieczorem mam co kot napłakał. Uparłam się na systematyczność i mi wypadły z tego systemu dwa dni w związku z czym chciał nie chciał trzeba nadrobić. No i ta pogoda. Nieba normalnego nie ma, flary mają ostatnio taaaakie magnitudo ale na niebie jakieś cumulonimbusy. No niechże się wypada wreszcie.W dodatku tak się cieszyłam, że zjem psa i nie zjem;-)... przywiózł ocenę doskonałą, lokatę pierwszą i złoty medal!!! Już mnie ta stówa na fryzjera nawet tak nie mierzi. Cóż:)

A jutro PONIEDZIAŁEK, którego perspektywa zawsze zwala mnie z nóg, chociaż przez ostatnich kilka miesięcy jeśli już muszę iść się strzyc, to idę w poniedziałek o wczesnym poranku dla poprawienia nastroju...wszystkim polecam. Juhuuu!!!

komentarze (4) | dodaj komentarz

Słów kilka...przydługich

sobota, 05 września 2009 16:51

Wrzesień zaczął się 14 stopniowym mrozem (tak by powiedziała kol.G., dla której temperatury poniżej plus 25 st. Celsjusza są mrozem właśnie). Ja do pracy dzisiaj szłam zarabiać na nowego mercedesa (jak nie będzie inflacji i wojny, to w okolicach 90 urodzin, odkładając absolutnie wszystko co zarobię co do grosika, merca sobie kupię). I poszłam w ten mróz jakbym z gruchy spadła i nie zdążyła się zorientować, że lato tylko z nazwy mamy. Ciepło mi było jedynie w stopy. Reszta trzęsła się jak osika. Postałam pod firmą klienta przez 3 minuty, bo Facet zapomniał, że przyjdę i się spóźnił! 3 minuty w tej zawiei trwało pół roku. Rozważałam ucieczkę, ale mercedesa mi było żal. Popracowałam latając od jednego komputera do drugiego, bo jeden system bez drugiego nie działał a oba na dwóch różnych kompach zainstalowane i oba mi były potrzebne (kol.D. i kolega Stschech zapewne pukaliby się w czoło i znaleźliby jakiś prosty sposób, żebym nie latała ale pod ręką żadnego z nich nie miałam). Jak już skończyłam, to musiałam dzwonić do Faceta, żeby mnie uwolnił, ponieważ zamknął mnie w tej firmie, żebym czasem nie padła ofiarą jakiegoś przypadkowego typa z tępym narzędziem .Jestem przekonana, że Facetowi bardziej na całym dobytku zależało niż na mnie samej, poza tym głupio tak po ewentualnym zabójstwie w firmie porządnych pracowników tam wpuścić, mogłabym straszyć z zaświatów. No i co by zrobił z moimi zwłokami??? Wróciłam na obiadek nie dotrzymując danej dziecku obietnicy, że wrócę „zaraz"... no i zabrałam się za porządki, robiąc swoim zwyczajem najpierw totalny burdel, gdzie popadnie. A Poważny jak tylko mnie zobaczył zwinął manatki i radośnie pojechał w dym. No w mordę jeża! Zamiast mi trochę pomóc. Mści się za ten kaloryfer czy jak? I tak go kocham, hehe. No dobra, wybaczę, bo ma stres... bo jutro Psa Który Nie Szczeka zawozi na wystawę... a Pies mieszka z nami przejściowo w sypialni, bo był u fryzjera i musi być piękny. Jak wróci to znowu będzie utytłany, bo ta rasa najlepiej czuje się na dworze jak jest utytłana. Kurdę - stówę kosztował fryzjer dla psa... Czy to nie jest, że się wyrażę poj**ane, żeby moje strzyżenie i to wcale nie na jeża kosztowało 45 zeta, strzyżenie na jeża Poważnego 8 złotych a jak u kierownika zakładu to 12 a pies, cholera jasna, do fryzjera chodzi za stówę i to w dodatku bez strzyżenia!!! Bosz!!! Za stówę to ja zdechlakiem prawie 3 tygodnie do roboty jeżdżę. Jak mi ten kejter bez żadnej nagrody wróci, to go oskóruję i zjem. Chińczycy jedzą i jest ich miliardy, to mi nie zaszkodzi tym bardziej.

Wylawszy na cierpliwy plik doc swoje żale i wkurwienia powiem teraz tylko tyle, że jesień kocham pasjami, za jej kolory i zapachy, i dla tego przyjemnego uczucia, gdy wraca się do domu i pije herbatę gorącą, za perspektywę zimy, która od lat mnie oszukuje i skąpi śniegu, i dla wiosny do której już teraz tęsknię...



komentarze (6) | dodaj komentarz

Rozjazd erotyczno-techniczny...

środa, 02 września 2009 22:12
Na amory mi się zebrało...Głaszczę Poważnego po brzuszku, gdy ten ogląda w TV dyskusję jakichś dwóch czubasów i szepczę :
- hmmm...ale kaloryferek masz...hmmm
Poważny na to, lekko poirytowany :
- nie mam, oddałem złomiarzom, przecież kazałaś! (nie odrywając wzroku od telewizora)

No i gadaj z koniem!

...


 

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wrzesień, mój wrzesień...moja paranoja!

wtorek, 01 września 2009 19:41
Wrzesień jest piękny, przynajmniej dziś. Ani jednej chmurki. Każdy na moim miejscu, powinien się czuć świetnie, radośnie i w ogóle super. Ale nie ja! Strasznie utruta jestem tym dniem, jakby zeszło ze mnie powietrze. I nie ma innego wytłumaczenia jak to, że latka lecą i człowiek słabnie. W domu wszyscy chorzy. Mała Piękna jakieś stany podgorączkowe ma mimo antybiotyku. Berło stęka i jęczy. Poważny stwierdził, że chyba ma raka. I tak dopada człowieka życie, marne i usrane. A gdyby tak coś zmienić...ale co? Kolor ścian? Niee. A może dla rozrywki pozrywać liście z drzew, wszak i tak spadną a tak za jedną robotą zaraz by się wygrabiło...Sama nie wiem. Nie roznosi mnie...nuda jakaś...Hrabia tarza się w piasku zapewne ale za to nie pisze i weny żadnej nie dostarcza. Skandal. Tak więc daję sobie na tzw. wstrzymanie i biorę się za swoją robotę, że ją określę dosadnie-zawodową zgodnie z moim założeniem na ten sezon : "SYSTEMATYCZNOŚĆ". Nie wiem jak mi to wychodzić będzie, bo cierpię na to samo co Churchill, czyli na cyklotymię. Popadam z euforii w depresję i pracuję zrywami. No wojna podjazdowa nastrojów. Teraz mam jakąś pieprzniętą fazę upadku. I to Berło mnie zabija. Własna matka! Te teatralne gesty, te marudzenia, ten potok słów, te pierdoły, które dla niej stanowią kwestię życia i śmierci (np.mrówki ogrodowe w kuchni,muchy,pranie, naczynia w zlewie...eh,)...
A ja...będę sobie cicho wyłłłłł...(cytując kol.J.- zwaną Sokołem) :

P.S.
A dziecko mnie po włosach głaszcze i w te słowa : "mama, ty się wyluzuj, zagraj sobie w szachy z komputerem"
...czaicie??? Bo ja nie...

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  93 692  

Czas jak rzeka...

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

LATO 2013

Polecam...

Niebo...

Patrz, słuchaj, baw się...albo i nie:)

Podziel się

To co w życiu ważne

Co ja robię tu...co ja tutaj robię?

To tylko mój wentyl bezpieczeństwa

Ja???

Eh,...:)

Szukajcie a znajdziecie...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Spis ludności w liczbach...

Odwiedziny: 93692
Wpisy
  • liczba: 725
  • komentarze: 2518
Galerie
  • liczba zdjęć: 23
  • komentarze: 16
Bloog istnieje od: 3379 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: