Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 123 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Czas zmian...

niedziela, 30 sierpnia 2009 23:38
Wdepnęłam w bagienko jakieś 3 lata temu...i nie bardzo mogę się z niego wykaraskać. Nie jestem w stanie naciągnąć doby do 48 godzin mimo,że cholernie tego potrzebuję. Więc może się lepiej zorganizuję. Tak więc zaczęłam od wypierdolenia starych ciuchów do wora na śmieci. Wierzcie mi, to był superwór (od Poważnego z roboty 2m x 2m)! Z paleniem gorzej, bo złamałam się w piątek i dzisiaj. Ale starać się będę z całych sił, bo srednio jedna fajka to 4 minuty "nicnierobienia" a czas to pieniądz. Tyję od liścia sałaty też, więc przyjdzie mi na efekty wywalania tłuszczu z organizmu długo poczekać ale nic to, dam radę. Ponieważ forsę na ten paranoiczny dom przychodzi mi samej w 80% zarabiać, więc tu nie zmienię wiele i też się zawezmę inwestując w systematyczność. Firma rośnie (odpukać)! W gwiazdy na moje nieszczęście popatrzeć dla relaksu dzisiaj nie mogę, bo jakieś chmurzyska zawisły. Nic to, niebo nie zając. Poza tym całe stado : Berło, Mała Piękna i Poważny chorzy na "niewiemco", mają gorączkę. Pies Który Nie Szczeka ma utytłane w jakiejś mazi oko a za tydzień jedzie na wystawę. No cholera jasna. Trudno, dam lekarstwa  ludziom,  psu łeb czymś obmyje i jakoś to będzie. Jutro do pracy - mam w dupie, że to poniedziałek! I tak wrócę o nieprzyzwoitej porze i nie przeskoczę tego. Muszę jakoś to obrobić. Pogadałam z kolegą Stschechem dziś dłuuugo aż się facetowi oczęta zaczęły kleić i posłał mnie na drzewo. I słusznie czasem trzeba iść spać. Generalnie ma gość przerypane i ponieważ go lubię, to mi go żal i bardzo bym chciała, żeby wreszcie się wziął za siebie i poskładał te wszystkie swoje klocki do kupy raz na zawsze. Jak tego nie zrobi, to mu napukam, bo jeszcze mi tego brakuje, żeby się martwić, żeby ktoś jemu czasami nie napukał. A serce mam słabe, nadwerężone w czasach zamierzchłych i adrenalinka mi nie służy. Tak czy owak w piątek zrobiłam sobie grafik i muszę się tego grafiku kurczowo trzymać. Jak mi ktoś w tym przeszkodzi to go zjem!
I tego jak zwykle się trzymam.

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wyćpnęłam!!!

sobota, 29 sierpnia 2009 15:44

Wyrzuciłam.

Prawie wszystko.

Jakbym oskrobała się z błota i pajęczyn, i z prochu powstała.

Uff...

 

P.S.

Z dedykacją, dla :

-  Tej, która mnie do tego czynu „popchnęła",

-  Tego, który w gwiazdy czasem spogląda

-  Tego, który nie lubi zdechlaka i diesla

 wuala :

http://www.youtube.com/watch?v=V5MN1KMKYq8

komentarze (6) | dodaj komentarz

Krzywa spada, czyli tylko dla kobiet...

piątek, 28 sierpnia 2009 17:50
Nastrój mi się pogorszył. Drastycznie. Łyso mi jakoś, smutkuję. Szczególnie wtedy, gdy rano stwierdzam, że muszę 15 minut dłużej na makijaż poświęcić, żeby ucharakteryzować się na człowieka. Saute - nie wchodzi w grę! No i ta garderoba, w sensie tych moich 4 bluzek na krzyż i 40 bluzek, w archiwum, że tak powiem. Nie wiem po co to trzymam przez 20 sezonów, chyba dla córki. Poza tym cholernie się skurczyły przez te lata. Buty? No są. No dobra paluchy jeszcze z niektórych możeby i nie wystawały ale ten fason! Za wąskie. Koleżanka Grzybiara miała rację, że w ciąży noga rośnie. Urosła i tak już została. W szerz, żeby było jeszcze fajniej. Zdechlak naprawiony, cieszę się...szkoda tylko, że przyspiesza w 60 sekund do 60 km/h...jakiś model dla dzieci chyba. No i napis PIONEER na tylnej szybie się nie mieści. I tak mu się należy cmoknięcie w zderzak za to, że w ogóle chce mu się mnie wozić. Za to radio mam full wypas z Biedronki:).I Poważny mi jeden głosnik tylko podłączył, żeby mnie basy nie ogłuszyły...okropniś, nie? A ja tak lubię Audioslave... Idę dzisiaj pogadać z kol.C, żoną Skrytego i koleżanką J., tą która jadła w dzieciństwie muchy z podłogi. Obyśmy nie popadły jak nam się to czasami zdarzało w nastrój wisielczy, bo rozmowa zejdzie na temat "czym łatwiej, szybciej i mniej nieprzyjemnie przenieść się w zaświaty". Przy okazji...Koleżanka J. wiele lat temu zabrała mnie do Tunezji. Z łapanki trochę pojechałam w miejsce jej ukochanego, który w ostatniej chwili został wysłany gdzieś w delegacje przez wrednego pracodawcę (:). Nastrój w takiej sytuacji miała okropny . Ja też , bo żal mi jej było. Za oknem słoty, bo to krótko przed Wszystkich Świętych...a my "ku słońcu" (nomen omen!)...W samolocie zamiast podziwiać cudne widoki, namawiała mnie, żebym się pomodliła w intencji awarii samolotu. I tak nam zeszło kilka dni. Przyprawiła mnie wtedy o zawał serca, bo miałam jej pilnować, żeby sobie czegoś nie zrobiła a ona, gdy ja zasnęłam po południu wymknęła się cichaczem z "apartamentu"...gdy się przebudziłam i zobaczyłam, że jej nie ma byłam pewna, że poszła się utopić. Na szczęście wróciła po kilku chwilach zanim zdążyłam złapać oddech...z papieroskami, bo zabrakło! To były czasy. Za to ona kilka razy myślała, że umarłam , ponieważ zdarzało mi się wówczas zasypiać z otwartymi oczyma (zupełnie na full) np. podczas oglądannia tej arabskiej telewizji...Młode byłyśmy, piękne (de gustibus non disputandum!), długowłose, ona długonoga (jej tak zostało)...Dobrze, że mnie wtedy nie sprzedała za te  wielbłądy i kozy proponowane przez barmana... Nie mniej, dziś jest jak jest. I trzeba zawsze liczyć się z tym, że może być jeszcze gorzej...
I tym optymistycznym akcentem się żegnam ... ... w imię Ojca.... ....

komentarze (8) | dodaj komentarz

Globus...

czwartek, 27 sierpnia 2009 18:49

 Hrabia nie wiele pisze, jestem pewna, że jak coś walnie, to z krzeseł pospadamy. Swoją drogą ciekawe czy zgłębił tajemnice "czerwonych firanek" w swoim rewirze. Koleżanka R. - ja trzymam kciuki, gdybym mogła móc coś tymi kciukami wykręcić lepszego...eh, bezradna jestem. Koleżanka JAB, jak uwięziona. W dodatku w miejscu na ziemi, gdzie deszcz pada poziomo (jej własne słowa). Za to nie musi zmieniać półkuli ziemskiej, żeby pogadać z australijczykami, bo ci ostatni zrobili to za nią. No i za pięć tygodni ma wakacje! I czyz nie jest to powód do rodości. JAB - spójrz na to z tej lepszej strony! Stschech bawi zawodowo na południu, kol. G. z narzeczonym nad Bałtykiem, Pan Młody z wesela, na którym tańczyłam w sobotę moczy nogi w Karaibskim Morzu (ta jego ma dobrze, mój Poważny w podróz poślubną zabrał mnie do Amsterdamu, do dzielnicy czerwonych latarni-taki czad), duża częśc mojej rodziny hoduje reumatyzm na zielonej wyspie. Jeden taki kolega z liceum bawi na Syberii. A ja co? Prowadzę żywot osiadły jak ta stułbia płowa. Żeby tak chociaż pojechać do Berlina (Berlin, Berlin du ewig junge Stadt...). I z tego powodu mam globusa No i nie palę. I jestem bliska pognania do kuchni po faję.
...
KUSI MNIE DO JASNEJ CHOLERY!



komentarze (3) | dodaj komentarz

10 lat za...wiecie kim

środa, 26 sierpnia 2009 19:10
Błąkałam się dzisiaj po moim mieście. Mieście, w którym przyszłam na świat i powinnam je znać jak własną kieszeń...A jednak. Umówiłam się z Poważnym, który tzw. fuchę wziął, żeby mi kupić kolię z brylantów (:-D) zapewne i się zagubiłam. Szłam do ukochanego na tę fuchę z mojej pracy pieszo zabrać samochód, przez krzaczory, pewna, że idę skrótem, który zawsze tam był i...zatrzymało mnie ogrodzenie jakiegoś parkingu. Koszmar. Od Poważnego z tego punktu dzieliło mnie raptem 200 metrów drogi a tu dalej ani rusz.Gdybym miała zawrócić , to musiałabym zrobić mniej więcej 3 km dodatkowo. Jakichś dwóch facetów z tego parkingu nie chciało mnie wpuścić boczną bramką bo "pieski były spuszczone"...dwa amstaffy (dżizas!) i wskazali mi drogę przez jakieś dzikie wysypisko śmieci...poszłam przechodząc przez prowizoryczne obozowisko bezdomnych. Na szczęście spali!   No i dotarłam...Z psią kupą przylepioną do klapka! O nie!!!
Tak więc :
- primo - 10 lat temu tam był skrót...czas leci...a miasto nic?
- secundo - kawał gruntu odłogiem leży, psy kichają, bezdomni śmieci znoszą
- tertio - prezydent miasta dostanie ode mnie czarną pyrę za taki syf w centrum  (i ten klapek na pamiątkę)!

...
A Poważny z Roztargnionym na Nazareth idą dzisiaj...a ja co? Dzieci niańczyć i do garów. O szlag!!!
...
P.S. 23.12...
Poważny z Roztargnionym nadal koncertują sami w mieście a ja...gore!
Cóż-love hurts (tak jakby).

(Do Validola - a Ty tylko o jednym. No może taki dzień??? Roztargniony to bardzo miły facet, który się zna na muzyce i architekturze. O!)

komentarze (2) | dodaj komentarz

Kolega Stschech...

wtorek, 25 sierpnia 2009 18:06
Ja nie wiem co się z nim dzieje...cierpi męki młodego Werthera (czy jak mu tam było), zdecydować się nie może czy rzucić czy może dać się porzucić...ogólnie rzecz biorąc coś ściemnia, coś kręci, głównie nad Balatonem...Z kol.G. zastanawiałyśmy się dziś nad nim i zastanawiałyśmy i do niczego konkretnego dojść nie mogłyśmy, ponieważ strasznie zrobił się tajemniczy od czasu jakiegoś. Przypuszczam, że coś knuje na uboczu i brnie, i brnie, i jak tak dalej będzie brnął, to zabrnie. Chociaż jak go znam poszaleje, wykąpie się w fontannie, może swoim zwyczajem wydłubie sobie zęba na jakimś weselu i znów go jakaś nadwrażliwa porzuci. No trzeba mieć nerwy żelazne na tego faceta. A tak poza tym obiecał, że w sierpniu zaleje nas blaskiem swej chwały i nic...
Dzień dziś taki sródziemnomorski, strasznie nam się nie chciało ruszać, myśleć i pracować. Ale jakoś dotrwałam do 15. (skandal)...bo nie palę i czas mi szybciej leci, chociaż wczoraj co godzinę patrzyłam na zegarek a tam wciąż tylko 5 minut się wskazówki przesuwały. Makabra.
Kończę, bo jak nie palę to jestem zła i jeszcze bym oprócz tego kolegi Stschecha zaczęła zahaczać o kolegę Mecenasa...a ten to ma klawe życie.
Osy mnie tu atakują. Idę stąd.
...
Jak mi się chce palić:(:(:( ale nie zapalę.Oszczędzam na teleskop. I tego się trzymam.

komentarze (5) | dodaj komentarz

Czas jak rzeka...

poniedziałek, 24 sierpnia 2009 23:07
Za 4 miesiące Wigilia! Już niewiele zostało do końca roku. Dzisiaj sprawdziłam, czy choinka, którą kupiłam w ubiegłym roku nie opadła z igiełek. Nie opadła. Gadżet mam. Jestem spokojna. Wiśnióweczki nikt nie tyka, więc jest szansa, że do świąt się ostoi. Dzisiaj jadąc tramwajem do pracy, bo zdechlak zdechł i nie wiem kiedy ożyje, przyglądałam się zieleni a w zasadzie już powolutku żółknącym liściom (chyba, przez tych Indian "rasy" żółtej Pana Hrabiego tak żółkną), gruszki dojrzewają, pojedyńcze jabłka też i dynia zakwitła. Lato w czerwcu się urodziło, w lipcu było młode, w sierpniu dojrzało a we wrześniu umiera...i znów jesień i zima a do wiosny strasznie daleko...No i zmarszczek mi przybyło. I trosk. I wiem, że tak musi być. I cieszę się, że jutro znów tramwajem do pracy pojadę...będę miała czas wyłącznie dla siebie aż 45 minut...

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wesele, wesele...i po weselu

niedziela, 23 sierpnia 2009 12:48
Szaleństwo do białego rana...tak w skrócie można określić to co się działo wczoraj i dziś do przedświtu!!!
Kuzyn mój szanowny, pokolenie pieluchy tetrowej pranej w Cypisku dał się okiełznać i zaobrączkować! A my z Poważnym uczciliśmy ten fakt szalejąc na jego weselu! Poważny kompletnie niepoważny ululał się nieco i stracił głos! A mnie paski koturnów prawie oberżnęły paluch u stopy prawej...nic to, nie ważne. Jedzenie wyborne, trunki szlachetne a wódka tak schłodzona, że aż gęsta (sprawdziłam jedynie wzrokowo, bo byłam kierowcą mojego kolegi małżonka). Z rodziny ojca weselnego (Berła brata, mojego wuja...no co jak to na weselu, koneksje trzeba przybliżyć w stylu : "oto Heniu - to jest ojca brata szwagra syn") stanowiliśmy wśródł tłumu gości prężną grupę najbardziej rozbawionych CZTERECH OSÓB - Poważny z małżonką (tzw. Złodziejką Pomidorów, mła) oraz chrześniak Berła , czyli siostry Berła syn, czyli mój kuzyn (zwany Zupką) z małżonką...i to by było na tyle. Reszta tej kilkudziesięcioosobowej grupy to rodzina matki Pana Młodego (no ekipa na 102, mocne głowy!), rodzina Panny Młodej i ich przyjaciele. Zespół - suuper, żaden tam weselny zwykły band, całkiem profesjonalna ekipa z solistką... a głosy...Barry White mógłby się od nich uczyć. A wszyscy prócz wokalistki i klawiszowca już słusznego wieku, pokolenie Rolling Stonesów...Tak więc przy dźwiękach słynnych przebojów a w przerwach "a teraz idziemy na jednego", przy dźwiękach pianina bawiliśmy się przednio! Generalnie szał ciał i uprzęży!
A dziś poprawiny...idziemy a jakże! Tym razem Poważny prowadzi auto a później mnie! Zresztą Poważny poprowadzi o ile oprzytomnieje do popołudnia, chociaż raczej blade szanse, bo ja siedzę teraz w kanciapie poniżej gruntu on dogorywa w sypialni i dzielą go ode mnie dwa stropy i zamknięte drzwi  a promilami z wydychanego mogłabym się urżnąć w trupa...tak jedzie...

P.S.
W trakcie zabawy odebrałam smsa od koleżanki R. (nomen omen w trakcie degustacji łososia w cytrynowej galarecie...poezja i telepatia, bo o R. myślałam wcinając), która zauważyła, że Pan Hrabia siarę siejąc (a niech go "(c)hudy" byk) rasę czerwoną dzieciom przedstawia obok żółtej i czarnej! Panie Hrabio, trzymaj Waść w ryzach dziadka, bo dziatew spaczony ogląd rodzaju ludzkiego mieć może...tym bardziej, że wedle najnowszych zdobyczy antropologii, około roku 1950 a następnie jeszcze konkretniej około 2000 w nawiązaniu do skutków działalności niejakiego Adolfa H. pojecie rasy odrzuca się a mówi o TYPACH. Najogólniej rzecz ujmując...tak jakby.  
A koleżanka R. pamięta...Zakopane, rok 1990 : "my Indianie!"...te TYPY, jak my czasami tak mają]:->...piękny ser z kwaśnego mleka na udach się koleżance warzył...i nasze twarze, bosz!!! Czerniak murowany:(...skóra schodziła Ci aż do grudnia!!!

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wakacyjnych wspomnień czar...straszny...

piątek, 21 sierpnia 2009 15:24

Ha! Poważny wcale nie taki poważny jak go malują. Historię tę przypomniał mi w kniei kilka dni temu. Nie ja brałam w niej udział a moja Szanowna Poprzedniczka i jego Wciąż-Dzieci, sztuk dwóch (bo trzeci, to duużo poźniej a czwarte to Mała Piękna- no sama tyle sztuk bym nie dała rady porodzić wniosek z tego, że jednak facetom w życiu łatwiej, przynajmniej zrobić a mojej Poprzedniczce uprzejmie dziękuję!). Poważny onegdaj dostał z przydziału wczasy FWP . Ucieszył się jak głupi, bo wychwalano zalety miejscowości. Miejscowość nazywała się Straszyn (nadal się tak nazywa i trzy dekady tego nie zmieniły, i położona nad jeziorem jest). Spakował manatki, dwie walizy, kółka ratunkowe, wiaderka, foremki, kupił bilet do Pruszcza Gdańskiego, wsiadł w osobowy i pojechał...Jechał, jechał, przesiadł się w Pruszczu na PKS...jechał, jechał..wysiadł z całym nabojem na rozstaju dróg...i nie wiedział gdzie dalej. Nawinął się po godzinie (gdy słonko się spać kładło) jegomość w gnojoskokach, berecie, petem w ustach na rowerze "Ukraina" i wskazał drogę do Straszyna : "ooo, tu kawałeczek..."...Poważny, familia i bagaże szły, szły aż zmierzchać zaczęło a ręce Poważnego zwisały mniej więcej u kostek i dziecię na barana zasnęło...Aż doszedł...Wśród ciemnej nocy Kierowniczka Ośrodka FWP z latarką w ręku zaprowadziła całe stado do "domku" z dykty zwracając uwagę, że "brzeg blisko i na dzieci trzeba uważać co by nie utonęły". Zostawiła latarkę, bo energii elektrycznej z jakichś przyczyn w tym domku nie było o wodzie bieżącej i spłukiwanym szalecie nie wspomnę. Padnięci byli więc zasnęli natychmiast...Rankiem Poważny wychylił się z domku i stanął natychmiast po kostki w wodzie Straszyńskiego Zbiornika Retencyjnego. No Wenecja! FWP z wyżywieniem 3 x dziennie, więc szukać zaczął stołówki...Pani Kierowniczka pokazała paluszkiem drugi brzeg jeziora , wysoką skarpę a na niej majaczący w oddali budyneczek i rzekła "tam jest"...Poważny na to "he, he...a jak dojechać?" ...przypominając sobie wieczorne 8 kilometrów od PKSu piechotą leśną drogą...Kierowniczka z uśmiechem na koralowych ustach, błyskając złotym ząbkiem wskazała paluszkiem pomościk i kilkanaście rowerów wodnych doń przycumowanych...
Tak więc dzień w dzień Poważny na wodnym rowerze udawał się z rodziną na obiad, bo na więcej wycieczek sił już nie miał zaopatrując się przy okazji w suchy, stołówkowy prowiant na dzień następny...i tak przez dwa tygodnie...bez prądu, bez toalety, bez bieżącej wody...śmierdzieli rybami jak nic...Za to wieczorami towarzystwo z rozpaczy nachlewało się i tymi rowerami wodnymi po tym strasznym straszyńskim jeziorze pływało nawołując wśród nocy : "hop,hop, którędy do brzegu, niech ktoś zapali papierosa, bo nic nie widać!!!"...



komentarze (5) | dodaj komentarz

Wakacyjnie niepoważni...

piątek, 21 sierpnia 2009 10:25

Czas na powrót do rzeczywistości...buuu...buuu...Wróciłam i zastałam zepsutego zdechlaka! Chyba z tęsknoty mu się pogorszyło. Poza tym "obwąchałam" jak Pies Który Nie Szczeka wszystkie kąty i natychmiast szlag trafił moje letnie rozleniwienie...A rozleniwiłam się w kniei niczym Królowa Leni i Nierobów...a było tam wiele do nic-nie-robienia! Głownym wysiłkiem stało się codzienne pławienie w jeziorze w stopniu przekraczającym wszelkie normy i zdrowy rozsądek. Aż dziw, że nie wyrosły mi błony pławne i płetwa grzbietowa. Mała Piękna kaszel gruźliczy miała tylko poza wodą, więc zaczęłam podejrzewać, że może wyrastają jej skrzela a płuca tracą zdolność do oddychania! A Poważny...hmmmmmmmm...tę kwestię jako zbyt osobistą muszę zostawić wyłącznie dla siebie serce. Powiem tylko tyle, że zrzucił pancerzyk i wrócił do swojej własciwej natury. ZROBIĘ WSZYSTKO, ŻEBY TEN STAN TRWAŁ I TRWAŁ I TRWAŁ!!!
(a jak mi się nie uda, to pozostanie mi jedynie palnąć sobie w łeb)

Spało się, w gwiazdy patrzyło, jeża widziało, pijawki z nogi odrywało, grzyba szukało a nie znalazło i wróciło się w komplecie  z zębem Małej Pięknej w torebce! Mam dziewczynę bez zęba na przedzie!

Jak już jestem przy Małej Pięknej... powaliła nas pewnego wieczora na łopatki. A było tak. Poznała Małego Pięknego, nieco od niej starszego. Kontakty obojga polegały na robieniu sobie psikusów zza krzaków. Jedno drugiemu robiło "PUJ" i uciekało. W pewnym momencie Mała Piękna wbiegając po coś do domku na chwilkę mówi do mnie wyjątkowo stanowczo tak :
- Mama, jakby przechodził tędy, to nie zatrzymuj go. To jest mój chłopak, okej?
Mnie zamurowało a Poważny Wakacyjnie Niepoważny zadławił się kawą i musiałam go walić po plecach dla przywrócenia oddechu.  

....
A teraz 24 stopnie w cieniu i zanosi się na więcej, i nadmucham basenik, i będę się pławić i jeszcze trochę leniuchować, bo musi mi to starczyć na kilka miesięcy...

P.S.
Panie Hrabio, ten mój zdechlak pozazdrościł chyba telepatycznie Panu służbowej skody i zastrajkował...miałam skodę zabytkową (105S) i zaręczam, że skody jeżdżą nawet wówczas, gdy nie ma racjonalnych przesłanek, żeby silnik mógł pracować. Jeden warunek...nie dać pojeździć Poważnemu;)



komentarze (3) | dodaj komentarz

:)

piątek, 14 sierpnia 2009 6:19
No to jedziemy! Co prawda dopiero w południe odpalamy rakietę ale ja już się czuję jakbyśmy jechali!
Tak więc, zabieram się za dokończenie kilku papiórów i potem pakuję manatki.

NO I DO PRZECZYTANIA SIĘ!

...tiruriru tiruru zabierz coś tam coś tam i gitaaaarrrę! (czy jak to tam leciało...)


Paaaaaaaaaa!



komentarze (0) | dodaj komentarz

Chaos jest, uuu!

czwartek, 13 sierpnia 2009 19:10
Co tu dużo gadać, zamiast pakować wędki, siatki na motylki, ponton i wiosła...ja w biurze jeszcze kibluję, że tak powiem. Dwa dni mi zeżarł ten wyjazd, który jeszcze nie doszedł do skutku a już mnie martwi czy skorzystam. Mogę jednak być trupem w szerokim tego słowa znaczeniu zanim zdołam wyjechać...Poważny pucuje samochód, Berło jest śpiące, Mała Piękna buczy, że dopiero jutro jedziemy a ja szajby dostaję, bo wszyscy do mnie chodzą z pierdołami zamiast pozwolić mi się wyrobić jakoś w miarę przed trzecią nad ranem. Bo wbrew pozorom mimo, że mam tzw. "nawał", też czasem muszę ze cztery godziny na dobę pospać. Jak dobrze, że na wakacje jadę tylko sto kilometrów od domu, jak dobrze, że kejter zajmie cały bagażnik i niezbyt wiele czasu dzięki temu zajmie mi pakowanie "klonkrów"...no w tym roku jestem kompletnie nieprzygotowana, kompletnie, wyszłam z wprawy znaczy się!
...................ALE JAK JUŻ TAM DOJADĘ W TĘ PUSZCZĘ, TO ODPOCZNĘ...

i tego się trzymam...

komentarze (3) | dodaj komentarz

Urlop???

środa, 12 sierpnia 2009 6:06

Taa...
Mam wyjechać w piątek, to raz.
Jak zwykle przed urlopem pożyczamy sobie nawzajem z Poważnym pieniądze, to dwa.
Tradycyjnie ani ja, ani Poważny nie mamy z czego sobie pożyczyć, to trzy.
A cztery, to pogoda...szkoda gadać. Do dupy.
Pięć, jedzie z nami Pies Który nie Szczeka. Zajmie z worem swojego żarcia cały bagażnik (z okienkiem, żeby mi się Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami nie czepiało,tak?).
Po szóste - Mała Piękna już się spakowała...wszystko z szaf i 50% swoich zabawek ma już w trzech torbach (spróbuję to ogarnąć, ok?).
O tym, że Poważny chce zabrać telewizor, nie wspomnę, to po siódme (nawet bąknął coś, że mam jechać za nimi zdechlakiem z tym telewizorem!!!). Niedoczekanie.
Po ósme, kupę roboty jeszcze mam papierowej i muszę to obrobić (i jak debil jakiś tu od 4.oo siedzę).
Po dziewiąte, miałam dzisiaj sen, który nic dobrego nie wrózy:(
Po dziesiąte z ekwipunku na wyjazd w knieje mam tylko trzy butelki repelentów i żel łagodzący skutki ukąszeń.

NIC TO, GRUNT TO  WZOROWA ORGANIZACJA!
..........................................................................................................................................
A wszystko to przez znienawidzony przez wszystkich urząd, który nie zwrócił mi podatku w terminie!
...........................................................................................................................................



komentarze (4) | dodaj komentarz

Dołująca kiełbasa...

wtorek, 11 sierpnia 2009 18:06

Kryminały, horrory, kroniki policyjne i inne takie, mniam, to lubię. Razem z kol. G., nie raz , nie dwa ukrywałyśmy zwłoki w worku, dywanie lub na rusztowaniu i snułyśmy makabryczne wizje, nawet Hrabia się włączył smsem ongiś i na cztery ręce osnowę kryminału napisaną mamy,że o nodze w szpilce rozmiar 43 nie wspomnę...Odpaliwszy sobie dzisiaj portal gazety wyborczej, spojrzałam co w  moim mieście, nad którym niby święci Piotr i Paweł czuwają i się przeraziłam, bo takie  oto nagłówki, po kolei jak leci się pokazały:

 

W Gnieźnie znaleziono zwłoki mężczyzny

Mąż zabił żonę. Upozorował utonięcie

Siostra zabitej wyszła za brata oskarżonego

„Kolejorz" bije wszelkie rekordy!

Kulczyk zbuduje kopalnię pod Poznaniem

Jagna nie może trafić do rzeźni! Ratujmy ją


...i co? No to, że nawet Kolejorz bije... Jedyny Kulczyk się wyłamał, chociaż, nie jestem pewna czy taka kopalnia na zdrowie i życie mieszczan czasami nie dybie...A jak to wszystko się zapadnie? A jeśli o Jagnę chodzi, to jak? Złapać i drogę wskazać?
Tak czy owak powalił mnie ostatecznie dzisiaj tekst o emerycie, który jakiejś tam handlowej sieci wytoczył proces o naruszenie dóbr osobistych na kwotę 3 mln polskich złotych w gotówce plus 1,6 mln dla Caritasu. A bo ochrona absolutnie niesłusznie faceta zwinęła, wstydu przed sąsiadami narobiła i gościa zdenerwowała. Potem go wypuścili bez wezwania policji, bo cytuję zeznania ochroniarza:"dobrowolnie okazał kiełbasę"...
Strach do sklepu iść, żeby ochrona czasami jajek komuś nie potłukła...co za czasy!



komentarze (0) | dodaj komentarz

Syndrom sztokholmski?

niedziela, 09 sierpnia 2009 12:48

W urlopowym rozluźnieniu przy okazji obserwacji wybryków Poważnego, któremu się nogi zaplątały w zionący wodą wąż ogrodowy na trawniku, przypomniało mi się jak w przypływie namiętności wybiłam mojemu ukochanemu górną dwójkę . Szał ciał powstrzymał wyłamany ząb. Niewinne summa summarum uszkodzenie ciała, niemniej jednak kosztowało 700 zł. Pierścionek z okruchem brylantu poszedł się gwizdać. Poważny jaki jest każdy widzi. Spokojny, w miarę opanowany, nieco małomówny ale raz był w gorącej wodzie kąpany! Mieliśmy w starym mieszkaniu pralkę z odpływem wprost do wanny. Rura odpływu wisiała na wannie w miejscu, gdzie kąpiący się miał plecy. Któregoś popołudnia Poważny wrócił z pracy i swoim zwyczajem wskoczył do wanny. Ja w tym czasie prałam pościelową na gotowanie. Stary Polar nie mieszał wrzątku z zimną wodą przy odlewaniu mydlin. Szykuję obiadek a tu Poważny jak nie wyskoczy z wrzaskiem z łazienki wprost na mnie. Plecy miał jak raczek-nieboraczek:) Mój mężulek zaznał też elektrowstrząsów. W czasach gdy Berło nie było jeszcze teściową razem oglądali jakiś ważny mecz piłkarski  u Berła w mieszkaniu. Berło dostało w prezencie nową lampę na korytarz. Poważny postanowił jej tę lampę zamontować. Wyłączył bezpieczniki, odkręcił oprawę, nałożył nową ale nie zdążył podłączyć przewodów, bo przerwa w meczu się skończyła i wrócił do pokoju. Ja nie oglądam piłki nożnej, jak wiadomo wolę zapasy. Snułam się więc po domu te 45 minut i z nudów wymyśliłam, że Poważny ma za ciemno do tego montażu i litością zdjęta zapaliłam światło w łazience. Połapałam się, ze skoro w łazience się nie świeci, to trzeba wkręcić wykręcone bezpieczniki. Jak pomyślałam tak zrobiłam! Poważny wrócił po meczu, wlazł na krzesło i dawaj podłączać kabelki. Dzięki Bogu stałam przy nim i zdołałam doskoczyć do bezpiecznika zanim spięcie powaliło go na podłogę. Trzymając się ściany nic nie powiedział, pokręcił tylko głową. Do dziś zachodzę w głowę dlaczego wtedy mnie nie porzucił?Albo desperat, albo lubi ekstremalne sporty albo ma syndrom sztokholmski...



komentarze (3) | dodaj komentarz

Limonkowa zagłada...

sobota, 08 sierpnia 2009 12:11
Trawi mię ból egzystencjalny...głowę i trzewia...
Kol.G.-winowajczyni!!!
Mogłam zostać przy tej błękitniej lagunie i na niej poprzestać a dałam się namówić na limonkowe szaleństwo...w jakiejś głębokiej piwnicy. Nie przeczę zabawa była. Nie miałam kontroli nad telefonem, na szczęście dla wielu, którzy smacznie spali, stracił zasięg.
A dziś...LIMONKA TO PIĘKNA MOJA ZAGŁADA, że częsciowo przytoczę Edwarda.
Że tak jest to tylko :
Mea culpa,  mea maxima culpa
A miało być zupełnie inaczej. Obiecałam i niestety nie dotrzymałam...

A teraz idę sobie cicho wegetować pod gruchą...

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wisienki...

czwartek, 06 sierpnia 2009 20:18
Wiśnie obrodziły, zapakowane w worki i zamrożone a część w słoikach pływa w alkoholu:). Po wielu latach udało mi się zrobić wiśniówkę. Przegryza się i nie próbuję czy aby się przegryzła:). Sukces!
Kilka lat temu z Berłem nakupiłyśmy latem wódki Koszernej, spirytusu i wiśni. Załadowałyśmy wszystko do słoików i miało się "gryźć" aż do Gwiazdki. Trzeba było to wzruszać, przelewać itd. A my codziennie sprawdzałyśmy czy wiśnióweczka nabiera pożądanego smaku i aromatu...i wykończyłyśmy wiśnióweczkę w trzy tygodnie. Na Gwiazdkę kupiłyśmy sobie Cherry Cordial i też było fajnie. Teraz też mnie kusi ta wiśnióweczka ale się trzymam dzielnie, bo sierpień jest i ku chwale ojczyzny nie łykam. Chociaż jutro wieczorem wybieram się na Stary Rynek i tam, o zgrozo, może się dziać...tym bardziej, że lubię margeritkę:) Ostatnio nadmiar margeritki w znakomitym skądinąd towarzystwie zaszkodził mi na płucka, bo zrobiliśmy sobie fifki z rurek do drinków, takie conajmniej 50-centymetrowe i paliliśmy w nich fajeczki...osz, nasz kaszel zbudził nawet podmiejskie miejscowości.
Tak więc jutro ostatni dzień w pracy ...zasłużony urlop. Jeszcze zawału dostanę z radochy na koniec dnia! 


P.S.
Ja wedle świnki jeszcze :
Koledze Validolowi, osobiście mi znanemu, polecam w razie przestraszenia świnki morskiej moim dziurawym tłumikiem, zrobić jej usta-usta i nakarmić dla odmiany Bellergotem. Świnka będzie zachwycona!

komentarze (2) | dodaj komentarz

Byle do przodu...

środa, 05 sierpnia 2009 20:13
Tak właśnie, byle do przodu. Niekoniecznie zdechlakiem, który kilka dni temu zapragnął być czoperem i takie dźwięki wydaje. Tym razem ja załatwiłam zdechlaka. Poniosła mnie ułańska fantazja ( mam to w genach, po Dziadku)  i pojechałam po krawężnikach. Dziura w tłumiku w efekcie jak wyżarta przez Chupacabrę (czy jak jej tam). Poważny, dzięki dziurze nie chce zdechlakiem jechać nawet po zapałki. Trudno, nie mój problem. No i po raz kolejny dotarło do mnie, że nie tylko "co się polepszy to się popieprzy" ale i "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło". Nie wymieniam dokładnie, wprost ale chodzi o "pH". Za radą Zrodzonej nazwę SZCZĘŚCIE SZCZĘŚCIEM aby się darzyło! 
A jutro kol. G. obchodzi "XXXIV" urodziny! I to jest dopiero czad!!! Będzie gorzała w segregatorach (wątpliwe), serpentyny z papieru toaletowego, konfetti z dziurkacza i skradziony z klombu przed biurem kwiatek (jestem pewna!)...

P.S.
I jeszcze - rzecz ważna - urzekł mnie dzisiaj pewien "GŁOS", z tych które wwiercają się w mózg i nie dają o sobie zapomnieć...o dzięki Ci Człowieku, który do mnie się dodzwoniłeś...kolekcjonuję w pamięci głosy, zapachy i smaki (obrazy też, z tym, że nie zawsze dobrze je widzę niestety, bo gubię okulary, np. w zlewie...hm...:(

komentarze (1) | dodaj komentarz

Kapitulacja...

wtorek, 04 sierpnia 2009 5:46
Nie walczę, nie wierzgam, nie wrzeszczę...
Nie dziś, może jutro...
Odechciało mi się i już...

P.S g. 15.18 dziś.
W sumie rano to ja miałam taki nastrój jak wyżej. A teraz mam tzw. "animusz", co znaczy mniej więcej tyle, że mam chęć  góry przenosić i zaraz to zrobię...przeniosę górę papierów do segregatorów, żeby sobie zrobić miejsce na wyprodukowanie kolejnej góry papierów. Syzyfowa robota ale masochistycznie się w niej zagłębię dla dobra przyszłych pokoleń aby zażegnać kryzys, który mi wystaje jakoś mocno ostanio nad mój horyzont i mi przesłania dalsze horyzonty.Dyskomfortów jakie by nie były nie lubię. I chciałam zauważyć, że mi się fazy ostatnio przemieszały, bo miałam wczoraj fazę wnerwienia permanentnego zamiast fazy załamania totalnego a dziś rano była faza załamania totalnego zamiast fazy wnerwienia permanentnego ale teraz za to mam  na swoim miejscu fazę działania, może i działania na razie z lekkim wiaterkiem w żagielek ale mniemam , że się rozbujam w kilka dni do 10 st. w skali Beauforta.
A co! Z okopów wyłażę, bagnet na broń i będę PECHA dźgać, żeby nie było za kwaśne...Panie Hrabio, to pH!

komentarze (6) | dodaj komentarz

WRZESZCZĘ!!!

poniedziałek, 03 sierpnia 2009 17:26

JAK DŁUGO JESZCZE NĘKAĆ MNIE BĘDZIE PECH TAKI CO TO   WPIEPRZA SIĘ WE WSZYSTKIE DZIEDZINY ŻYCIA????
NIECH GO CHOLERA WEŹMIE I SZLAG TRAFI !!!
SPIEPRZAJ PECHU!!!



komentarze (3) | dodaj komentarz

Perfekcyjnie!

niedziela, 02 sierpnia 2009 20:04
Poważnemu w to graj. W sensie tego saharyjskiego upału. Mnie może nieco mniej, chociaż od lat trzech mniej więcej, taki upał dobrze mi na moje spracowane kości robi. I dzisiaj też a jakże! Tym bardziej, że wczoraj dmuchałam basen dieslem i dziś w tej gęstej, nagrzanej zupie pławiłam się z Małą Piękną robiąc raz to za skałę, raz to za Golden Gate. Przy mojej wyporności Mała Piękna miała głębiej, że tak powiem. Tak więc M/S "Ja" na redzie stał a Mała Piękna wokół jak ten rekin. Poważny zobaczywszy nas w tej zupie zanucił : "w spadku po dziewczynie wyspa mi została...". No cóż... Ja mu na to "Idź precz..." . Perfect'cyjnie... A potem ugryzła mnie końska mucha i humor sczezł. Teraz usilnie namawiam moje dziecię aby wreszcie poszło spać ale ona ma mie gdzieś, więc sama się zmyłam pod schody i skrobię tutaj. Acha - poza tym mamy kota. No to ja wiem, że to żadne odkrycie, wiadomo o tym od dawna ale tym razem mamy drugiego kota, biało czarnego z kłakami, który szwenda się bezczelnie psu przed kojcem a ten nic. D*pa w troki i do budy!!! Skandal. Zdaję sobie sprawę, że ta rasa nie szczeka ale tym razem mógłby zrobić wyjątek...Nie chcę kota! Co to to nie!
No a jutro mój ukochany PONIEDZIAŁEK - zmieniłam podejście! Ha! Poniedziałek jest mój i będę z nim robić co zechcę!
Na przykład będę się go bała. O! 

komentarze (0) | dodaj komentarz

Same superlatywy...

sobota, 01 sierpnia 2009 8:25

:)!:)!:)! - a teraz garść szczegółów :
1) Spotkaliśmy się
2) Popiliśmy
3) Rozeszliśmy się
4) Trwało to 3 godziny (!!!)
A w tzw. międzyczasie :
Najpierw przybyła koleżanka R. z małżonkiem. Elegancko i dystyngowanie. Zanim zasiedli w ogrodzie spsikali się OFFem. I słusznie, bo nygi gryzły ich nie na żywca w gołe ciało a męczyć się musiały przez ciuchy. A kol. R. marzły paluszki.
Następnie zadzwonił Hrabia z zapytaniem "Gdzie mieszkasz?". Na pytanie "Gdzie jesteś?" odpowiedział : "Pod Sopotem!", czyli jakieś 300 km od mojego chińskiego grilla, mniej więcej  . Poprowadzony przeze mnie zdalnie-telefonicznie błąkał się jeszcze po okolicy jakieś pół godziny, kilka razy wracając do punktu wyjścia i przytargał wiadro kiszonych ogórków. Musiał je kisić po drodze... Miał czas, spoko-luzik.
Kolejni goście przybyli hurtem jedną taksówką i jestem pewna, że kolegę Wigilijnego wieźli w bagażniku.
Poważny zamiast pomóc żonie rozniecać grila...wybył z pieskiem na spacerek...samochodem...nad miejskie jezioro. Trudno, szajby zdarzają się nawet Poważnemu.
I tak nasze spotkanko rozwijało się i miło było. Jedną z atrakcji wieczoru było mierzenie sobie pulsu zegarkiem z pulsometrem (niech tak to nazwę). Niestety urządzenie popsuło się podczas mierzenia najtrzeźwiejszemu z towarzyszy spotkania, czyli koledze małżonkowi koleżanki R.
Pyry zjedzone, gzik też, kiełbasy też...Zbliżyła się krytyczna godzina ZERO. Po dwunastej wszyscy jak jeden mąż zerwali się na równe nogi i pognali do domu...albo po prostu przenieśli imprezę w inne miejsce.
Ja wolę pielęgnować w sobie przekonanie, że po dwunastej rozpoczął się sierpień - miesiąc trzeźwości. I tyle.
G' woli informacji - głowa mnie nie boli, wątroba też...a w lodówce czeka na replay kilka butelek wina:)
P.S.
Poważny dziś na szóstą do pracy. Oczywiście w wydychanym lekko 0,6...Ale o poranku nie słyszałam żadnych dźwięków charakterystycznych dla Poważnego...wstaję więc, patrzę na budzik a tam 5.45...ma być w pracy na 6.00...budzę delikatnie :
- Halo, wstawaj, jest przed szóstą!
...Poważny nic.
Drugie podejście :
-Halo, wstawaj, budzika nie słyszałeś! (szarpię za ramię)
...Poważny nic.
Trzecie podejście :
- No kurdę, już się spóźniłeś! (szarpię za ramię i ściągam kołdrę)
...Poważny nic.
Czwarte podejście
- WSTAWAJ DO DIASKA! (krzyczę mu do ucha,szarpię za oba ramiona, klepię po policzkach)
A Poważny zrywając się z łóżka :
- Jezus Maria, czemu ty mnie nie budzisz, już jest po szóstej! Spóźniłem się! 
...i pobiegł...



komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  93 694  

Czas jak rzeka...

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

LATO 2013

Polecam...

Niebo...

Patrz, słuchaj, baw się...albo i nie:)

Podziel się

To co w życiu ważne

Co ja robię tu...co ja tutaj robię?

To tylko mój wentyl bezpieczeństwa

Ja???

Eh,...:)

Szukajcie a znajdziecie...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Spis ludności w liczbach...

Odwiedziny: 93694
Wpisy
  • liczba: 725
  • komentarze: 2518
Galerie
  • liczba zdjęć: 23
  • komentarze: 16
Bloog istnieje od: 3379 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: