Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 123 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Gula rośnie...

piątek, 30 lipca 2010 12:20

Telefon do Doktorowej z rana i nowe zalecenia :"antybiotyk zjeść do końca, w poniedziałek się widzimy, damy mocniejszy, tymczasem płukać solą i spać w szaliku przy zamkniętym oknie"...No to do d*py. Nie dość , że się uduszę z braku powietrza, to jeszcze ten szalik...ani chybi rano w łóżku uduszony trup. Zaaresztują Poważnego. Ma chłop w końcu powody...A tak poza tym...tęsknię za biuuuurem...





komentarze (5) | dodaj komentarz

Książę...czyli cholera jasna!

środa, 28 lipca 2010 21:51

Napiłam się wczoraj, bo mi lepiej było, kefiru z lodówki. Czyli jak człek głupi się urodził tak i głupi pomrze. Czyli jest dym-ogień-maniana, mam gulę na nowo i wstyd mi jutro do lekarza się zgłosić. No bo zatyka mi ta gula lewe ucho. A poza tym...w czasie deszczu dzieci się nudzą...i mam w domu wystawę rzeźby z papieru toaletowego merdanego z kleikiem z kartoflanki...pełno we włosach ciastoliny, poplamioną farbami plakatowymi firanę wypraną tydzień temu, galaretkę owocową w czterystusześćdziesięciu pojemniczkach o róznych kształtach w lodówce (inne wiktuały w zimnej wodzie w wiadrze koczują, wodę jeno na zimniejszą zmieniam co godzinę), do wyprania sześć par spodni, osiem bluzek, parę adidasów i dwie pary tenisówek...bo błotko fajowsko się w deszczu robi!
Ale byłam dzisiaj mężna! Przychodzi do mnie Mała Piękna trzyma w dłoni małą żabkę...
Mała Piękna :"mama,patrz co mam!"
Ja : "żabusia słodka"
Mała Piekna : "co z niej wyrośnie?"
Ja : "wielka żaba"
Mała Piękna : "a mówiłaś wczoraj, że książę"
Ja : "no żartowałam, taka bajka była"
Mała Piękna : "jaka bajka? opowiedz!"
No to dawaj, bajkę opowiadam w dużym skrócie...
Mała Piękna "no to pocałuj żabę, sprawdzimy?!!?"
Ja "no coś ty!"
Mał Piękna : "maaaamaaaa, proooszę"
Ja : "to ty pocałuj, bo ja stara baba jestem, mi się nie zamieni"...myślałam, że się odczepi :) nic z tego...męczyła mnie i tę biedną żabę jeszcze przez piętnaście minut, wypuścić nie chciała, cholera, że mnie podkusiło z tym księciem jaśnistym...a  żaba kurdę ledwo zipie...
Ja : "no daj żabę, mama pocałuje.." (tu cmok z daleka, żeby zwierzę ratować)...
Mała Piękna : "mama - oszukujesz - trzeba w usta"...ja pierdziu, ale twarda (Mała Piękna w sensie)
Trudno, cmokam żabę w pysk...Żaba najpierw zastygła...chyba w szoku, potem zwiała w krzaki...ufff...
Ja : "no widzisz! mówiłam, że tylko w bajkach takie bajki!"
Mała Piękna : "mama, to ja ci inną przyniosę...może zareaguje"
Ja : :-/
...

Na szczęście innej nie znalazła...
Różne rzeczy już całowałam, od klamek począwszy a na podłodze własnego domu skończywszy, żabę po raz pierwszy w życiu...
Żaba była nie paląca czyli całkiem bez smaku i zapachu...
...
Czyli szajba jest. Nic się nie zmieniło. Antybiotyk na to nie działa.
Amen.

 



komentarze (2) | dodaj komentarz

Gnuśność...

wtorek, 27 lipca 2010 16:51
Padłam wczoraj jak niemowlę. Spałam do 10.oo! I źle mi z tym. Czuję się jakbym kaca miała. Lepiej jednak wstawać skoro świt. I dzień krótki jakgdyby. Tym bardziej, że drzemki sobie ucinam. Jak Berło. Nie daleko pada jabłko od jabłoni;)
W sumie - czuję się jak zamówiona i nieodebrana:(
O tak mi jest...mniej więcej;)


komentarze (3) | dodaj komentarz

Weszło-wyszło...

poniedziałek, 26 lipca 2010 21:13
Szpital mnie nie chce. Angina. Jakby z ulicy człowieka wzięli, to przed narkozą nawet płukania żołądka by nie zrobili. Ale jest procedura dla planowych operacji wyjątkowa. Najpierw krostki na pępku. Maść za 2,60 i miesiąc czekania. Teraz angina i nowy termin. Tym razem zdecydowanie krótszy. I augmentin. Bo śliny nawet przełykać nie mogę. Mówić też za bardzo nie mogę - szczególnie pod wieczór. Węzły chłonne osiągają wielkość włoskiego orzecha. Buuuuu. Jaka ja biedna jestem. No sama się nad sobą użalam, bo domownicy ucieszyli się, że nie zostawili mnie w tym szpitalu z powodu tego, że Mała Piękna ma wakacje i przez to Berło nie może spać cały dzień. Dzisiaj gdy tylko weszłam do domu natychmiast poszło (Berło, w sensie) do łóżka przespało cięgiem 7 godzin,potem wstało rozejrzało się wokół i stwierdziło : "nic się nie wyspałam strasznie głośno się zachowujecie!". "Mama - cisza nocna jest w nocy"- wycharczałam przez spuchnięte migdały. Wzdrygnęła ramionami i dodała : "dzięki Bogu masz zwolnienie, to się przynajmniej wyśpię w tym czasie". I wiecie co? Rzygam tym jej wiecznym niewyspaniem-przesypianiem. Zaczynam chorobliwie nienawidzić nawet Bogu ducha winnych ludzi, którzy lubią pospać sobie dłużej, bo tak mają ale prócz tego normalnie funkcjonują. Dla mnie wstawanie o 4 rano szczególnie latem jest i koniecznością, i często przyjemnością.No dobra, wiem, że dla większości to raczej rodzaj dewiacji.Ale tak cudnych świtów i wczesnych letnich poranków, w ciszy przy kawce w ogrodzie śpiochy nie znają...Może i dobrze, że nie muszą tak wczesnie wstawać. W każdym razie ja polecam. Zawsze wczesnie wstawałam doprowadzając moją matkę do czarnej rozpaczy. Gdy chodziłam do podstawówki lekcje odrabiałam o świcie, zimą kilka godzin przed wschodem słońca. Berło nawet nie wiedziało o tym, bo spało. Tak mam. Inni mają inaczej.Świat jest różnorodny.
Teraz Berło buszuje, bo to stworzenie nocne. Poważny ogląda "Goście, goście" kulając się na tapczanie ze śmiechu. Mała Piękna czai się od godziny, żeby pójść do kąpieli, bo się jeszcze "niewybawiła" . Mnie napier*ala gardziel i mam cholerną ochotę na tłusty bigos. W lodówce dwie parówki w towarzystwie czterech jaj i puszki skumbrii w tomacie...ale robię strajk, bo mam leżeć i się oszczędzać, i tym razem po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat zamierzam słuchać lekarza i nawet listy zakupów Poważnemu nie zrobię. Niech wysili intelekt.
Kończę, bo Berło wywrzaskuje do mnie z dołu pytanie, czy chcę tę cholerną parówkę.
Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee chcęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęę! Odpowiadam jej w duchu. Zapomniała już , że mam chore gardło a nie uszy???
Eh, mówię Wam - jak nie urok to przemarsz wojsk...
Może jutro jak będzie wieczór piękny, to się ciepło ubiorę i wywlokę wreszcie mój teleskop. W sierpniu zdecydowanie każdy wieczór pod chmurką, żeby nie wiem co. Niebo zaczyna robić się coraz ciekawsze...

komentarze (5) | dodaj komentarz

Nie dzieje się nic...

niedziela, 25 lipca 2010 16:28

1990? Chyba tak... 
I od tamtego czasu, chociaż minęło już dwadzieścia lat, chociaż przybyło mi siwych włosów, przejechałam tysiące kilometrów...kiedy słuchałam tego po raz pierwszy miałam dokładnie takie same odczucia jak dziś...jak wtedy za czymś tęsknię...i kompletnie jak wtedy nie mam pojęcia za czym...

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

Tłusty Czwartek...

niedziela, 25 lipca 2010 15:51
Był czwartek. Tłusty Czwartek. Główny księgowy jak codzień od 15 lat siorbał z łyżeczki kawę z fusami, od czasu do czasu plując w chusteczkę grubiej zmielonymi ziarnami. Co chwilę ściągał kupione na początku swoich studiów okulary i przecierał je kawałkiem gazety. Gazety, którą zresztą  codziennie kupował w kiosku na dole, i  którą do końca dnia zawsze zużywał do czyszczenia szkieł. Codziennie od 15 lat jego zastępca o poranku parzył sobie herbatę liściastą. Najczęściej zieloną. Sypał do niej trzy łyżeczki cukru. Kiedy dopijał ostatnie łyki płynu, wróżył z pozostałych na dnie liści. Resztę zjadał przed drugim śniadaniem. Główny księgowy ukradkiem obserwował swojego podwładnego i szczerze nienawidził jego porannego rytuału...Podwładny nie pozostawał mu dłużny...
- Widziałeś wczoraj panią Malwinkę, Ryszardzie? - zagadnął Główny księgowy.
- Widziałem Macieju, zdaje się , że ma nowy kolor włosów? - odpowiedział zastępca siląc się na uprzejmość, chociaż pani Malwinki nie widział już od kilku dni.
- O! Właśnie kolor włosów! Kompletnie nie mogłem dojść do tego co się w niej zmieniło. Kolor włosów! Otóż to! Dzieki, Ryszardzie!
Pani Malwinka nie była może Wenus z Milo, nie mniej jednak jako jedna z dwóch kobiet wśród prawie dwustuosobowej załogi firmy "Kafary-Wiertła-Dźwigi", stanowiła dla wielu ucieleśnienie wszelkich cnót niewieścich. Drobna brunetka, z aparatem na zębach, zawsze na wysokich obcasach, zawsze starannie ubrana w żakiecik i spódnicę. Prócz piątku. W piątki przychodziła do pracy w spodniach. I te spodnie spędzały sen z powiek chorych z ciekawości kolegów : DLACZEGO?
Spodnie , zresztą bardzo męskie, moro z kilkoma kieszeniami...Kieszenie zazwyczaj były czymś wypchane ale nikt nie śmiał pytać czym.W każdym razie to "coś" było ciężkie i kanciaste.
Obaj panowie po wyczerpującej konwersacji przy kawie i herbacie zabrali się za codzienne , niezwykle odpowiedzialne działania, między innymi za wykonanie telefonu do banku, urzędu, domu i kochanki. Zresztą do kochanki dzwonił tylko Główny księgowy. Z powodu niższego uposażenia , zastępcy nie było na to stać. Ryszard cierpiał z zazdrości...Przez te pietnaście lat pracy w jednym pokoju ze "starym", jak go nazywał w biurowych "kuluarach", zdążył był poznać szczegóły życia prywatnego swojego szefa...Szczegóły , które go zawsze mierziły i napawały obrzydzeniem...Szczegóły, które wryły się w pamięć i nie dawały wyrwać mimo upływajcego czasu...Również z powodu pani Malwinki.
Tłusty Czwartek w biurze zbliżał się ku pączkowi. Po pączka wysyłany był jak co roku Ryszard. I jak co roku przynosił jednego z nadzieją , że tym razem szef zrezygnuje z poczęstunku. Nigdy nie rezygnował i rok w rok trzeba było pączka przecinać na pół nożyczkami do papieru. Ciął szef. Rwał się do tego bardziej niż do bilansu zimą. A potem zlizywał marmoladę z ostrzy...
Tak było i tym razem...
Tym razem jednak nożyczki były wyjątkowo porządnie naostrzone...

komentarze (1) | dodaj komentarz

Rzecz o smrodzie...

czwartek, 22 lipca 2010 20:39
Czytasz przy kolacji? Nie rób tego! Albo czytaj albo jedz...później zjedz...albo zjedz dobrze straw i dopiero przeczytaj...
Do pracy idę przez park...Spodziewałabym się przyjemnego aromatu skoszonej wczoraj trawy...jest ósma rano...przede mną kroczy facet...teczka, sandały, skarpety (!), koszula wyprasowana w kant na rękawkach, jasne spodnie...idzie sobie wolno...doganiam go i gdy mam do niego dystansik jakichś 10 metrów...powala mnie smród...mył się zapewne na gwiazdkę ze trzy lata temu...Czar poranka w parku prysł...smród nie tylko się zanim ciągnął ale jeszcze go wyprzedzał i musiałam na wdechu przebiec ze 20 metrów...Dżizas!!! Staję na przejściu dla pieszych...lalunia, lat maks ze 23, cudne nóżki w białych sandałkach, paznokietki french u nóżek, u rączek też...cała na biało, bluzeńka na ramiączkach cieniutkich jak pajęcza nić, mini, podnosi ramię , żeby poprawić przeciwsłoneczne okularki na blond czuprynie...niestety stoję za blisko...cofnąć się nie mogę...ktoś za mną stoi...krok do przodu - pewna śmierć pod kołami samochodów...na szczęście przejechał jakiś stary, zdezelowany, palący olej autobus podmiejski i mogłam odetchnąć pełną piersią...Kilka godzin w miarę przyzwoicie pachnącej atmosferze, nie licząc zapachu palonego tłuszczu na pączki około 14 i śmierdzącej zgniłymi jajami rury na naszym zapleczu gastronomicznym. Generalnie - alpejskie powietrze...Wracam. Zahaczam o sklep...pod sklepem norma : kilku bezdomnych...sami wiecie o co chodzi...trzeba obok nich przejść... Nie czepiam się, to raczej ludzka tragedia...Wiem, że czasami w Markocie mogą się umyć...ale zasadniczo lubią być wolni;)...Wchodzę...facet wybiera pieczywo...i tak śmierdzi ćmikami typu "klubowe", że normalnie mnie skręciło...Z pieczywa zrezygnowałam...I teraz uwaga! Myślałam, że najgorsze mam już za sobą...ale...przechodzę do "warzyw" a vis a vis "warzyw" kolejny facet...porządnie ubrany i zapewne domyty, bo nie roztaczał w promieniu kilku metrów żadnego "aromatu"...wybiera piwo...mijam go, ten schyla się po zgrzewkę z podłogi i wali tak potężnego, głośnego bąka, że pół sklepu się spojrzało! Na szczęście miał tyle kultury osobistej...albo raczej odwagi cywilnej, że się odwrócił i z wypiekami na twarzy powiedział "najmocniej przepraszam"...I całe szczęście, bo mogło być...o zgrozo na mnie!
Nie muszę chyba dodawać, że jestem na diecie...i zacznę chyba robić zakupy przez internet...ale znając mojego pecha do hodowanych tygodniami smrodów...jest szansa, że dostawca może być też nieco spocony od poprzedniego lata:(

P.S.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że pewne stany chorobowe mogą być powodem nieprzyjemnych odorów, publiczne puszczanie bąków nie koniecznie było celowe, jelito mogło być chore...ale na miły Bóg...najzwyklejsze mydło kosztuje 39 groszy i naprawdę nie rani skóry, a szczególnie po upalnej nocy umycie się chociażby w litrze zimnej wody przyniesie ulgę i ciału i niektórym nosom;)

komentarze (3) | dodaj komentarz

Czy wiesz, że...

czwartek, 22 lipca 2010 5:15

Dzień wstaje później...jeszcze miesiąc temu o czwartej rano słoneczko już całkiem wychodziło zza horyzontu. Dzień nieuchronnie staje się krótszy:(...Szkoooda. I dziś na termomentrze ma być 36 stopni...Cholera, chłodniej się robi...A ja węzły chłonne wielkości orzecha włoskiego, Mała Piękna jakieś gorączki...26 lipca drugie podejście do kamieniołomów...Tym razem się boję. Cholernie się boję...
Ale : cieszmy się latem, bo od soboty temperatura spadnie o 20 stopni....I już widać społeczeństwo w wełnianych swetrach podążające do pracy, gdy rankiem jest 24 stopnie zamiast 27 jak kilka dni temu. Ze swetrów kapie. A co tam. Wysuszą na słonku i następnego ranka znów na ramiona...I widząc to, mimo, że cena paliwa rośnie - błogosławię fakt, że do pracy póki co jeżdżę samotnie samochodem...
A tak poza tym...Zaczęłam pisać kryminał. Jak będzie tego więcej niż pierwsze zdanie prologu, opublikuję;)
I tego się trzymam.
*-O



komentarze (3) | dodaj komentarz

Rozsypanka...

czwartek, 15 lipca 2010 7:35
I tak siedząc przy biurku zdałam sobie sprawę, że kawałeczki mnie trzymają się "kręgosłupa" tylko na pajęczych nitkach. Nerwowo poszukując telefonu do kogoś, kto mógłby wysłuchać...nie znalazłam nikogo o tak silnej psychice, kto mógłby mnie znieść...No chyba , że jakiś "doktór" w ramach NFZ...bo stówy prywatnie nie dam. W końcu płacę zdrowotne.
Tak więc na całej linii pod względem merytorycznym i formalno-rachunkowym jest depresja...
I tym razem - odmiennie niż zwykle - kompletnie się nie trzymam:(
I to byłoby na tyle.

komentarze (6) | dodaj komentarz

Nawet na tytuł nie mam pomysłu...

wtorek, 13 lipca 2010 6:24
Bo mózg mi wyparował...wena też...jedyne co mogę , to wkleić link...uff...

Sory.

komentarze (5) | dodaj komentarz

I nadal jest lato...

niedziela, 04 lipca 2010 17:18

Ale...
Gdzie te czasy...?


...
no to jest właśnie objaw paranoidalnie gównianej, mojej depresji!



komentarze (11) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  93 700  

Czas jak rzeka...

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

LATO 2013

Polecam...

Niebo...

Patrz, słuchaj, baw się...albo i nie:)

Podziel się

To co w życiu ważne

Co ja robię tu...co ja tutaj robię?

To tylko mój wentyl bezpieczeństwa

Ja???

Eh,...:)

Szukajcie a znajdziecie...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Spis ludności w liczbach...

Odwiedziny: 93700
Wpisy
  • liczba: 725
  • komentarze: 2518
Galerie
  • liczba zdjęć: 23
  • komentarze: 16
Bloog istnieje od: 3379 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: