Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 123 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Tylko jedna łza - jedna...

niedziela, 31 stycznia 2010 16:55

Bo są takie dni jak ten, gdy wszystko staje przed oczami tylko dlatego, że zabrzmiały smyczki...
Dlaczego pamięć wybiórcza wyrzuca wtedy, gdy wcale tego nie potrzebuję, to o czym staram się zapomnieć ...?
Iskierka...Dlaczego wracają wspomnienia, które pokryła gruba warstwa zapomnienia...
Wyrzut sumienia...
Cegiełki chwil układam na tym co było - warstwa po warstwie, mozolnie...
Nagle wszystko się rozsypuje a ja z tym murem też...
Któraś z warstw nie była ułożona zbyt dokładnie, zbyt poważnie...nie potrzebnie...
Nie istnieje...ani ja, ani mur...
I wbrew sobie albo na przekór sobie ale nie dla siebie będę budować go od nowa...
Warstwa po warstwie, mozolnie - cegiełka po cegiełce...tym razem dokładniej, z większym poświęceniem i oddaniem...
Tylko jak?



komentarze (14) | dodaj komentarz

Karmazynowy przypływ...

sobota, 30 stycznia 2010 20:04

Poważny...kocha kolory:) I się będzie wyżywał...na sypialni, która zasadniczo przez ostatnie lata stanowiła składzik rzeczy mniej i bardziej potrzebnych a głównie ton winylowych płyt, kompaktów, plątaniny kabli i zwałów ciuchów, papierów biurowych...człowiek wrzucił, zamknął drzwi i się martwił jak wejść, żeby na głowę coś nie spadło jak trzeba było dobrnąć do łóżka...Oczywiście przedtem mieszkało w niej Berło i było porządnie...Teraz jest też...bo wszystko co przedwczoraj było w tym pokoju teraz zalega u Małęj Pieknej w kartonach...A sypialnia prezentuje obraz nędzy i rozpaczy z tymi śladami po obrazach, zegarach, wiszących półkach, etc. Tak więc wymarałam w internecie jakieś programiki na stronach producentów farb i prowadzona moją intuicją co do kolorów Poważnego zabrałam się za wizualizację...przedstawiam Poważnemu piękny melanż karmazynowego przypływu z soczystą pomarańczą...a ten wziął, poklikał i...stworzył piękne, zimowe, białe przestrzenie z delikatnym akcentem ecru na suficie...Do dupy z taką intuicją. Albo nie zauważyłam nawet, że koledze małżonkowi zmienił się gust:(
Tak więc mam kolejne pomieszczenie przygotowane do remontu. Jutro ma być gipsowanie ubytków i wyrw a malowanie na wiosnę 2030 roku zapewne jak już będę na emeryturze...
Mój "artysta" pracuje zrywami i należy się teraz obchodzić z nim jak z jajem, żeby czasami nie stracił zapału...a drzwi bez szyby jak stały tak stoją(o_o)



komentarze (4) | dodaj komentarz

Gorzej niż "dziura"...BAŁWAN!

czwartek, 28 stycznia 2010 21:07
Czwartek, hurra...i co kurdę z tego? No właśnie. Debugować mi kazano (komputr kazał se naciskać debuguj lub anuluj...trudna decyzja)...czyli robota szła jak ta łajza. Ale rankiem ulepiłam na biurowym parapecie bałwana. Mały swym ciałem ale za to wielki duchem. Na głowie miał czapkę z koli z napisem "zero"...i do tego zera przez cały dzien zbliżał się nieuchronnie...Wieczorem zabrałam go z parapetu i wyniosłam na zaplecze gastronomiczne do zlewu. Zrobiło mi się go żal i wyniosłam z powrotem na parapet chlapiąc wodą po całym pokoju...Chciałam go ratować, bo kolega D., pięknie mówił o bałwańskiej egzystencji...Skończyło się na tym, że posmarkałyśmy się z koleżanką G., ze śmiechu i wzruszenia...A kolega D., jak to kolega D., wykazał się stoickim spokojem widząc nas obie dławiące się własnym śmiechem...Dobrze, że udało mi się dotrzeć do domu...co z nimi nie wiem...wysiedli nad jeziorem...no w każdym razie nie mieli do niego zbyt daleko...
I tu miał być bałwan...ale urządzenie blutuf się wściekło! Nie współpracuje...Ale bałwana tu wstawię...cierpliwości...
....
Tymczasem...idę zagonić dziecię do łóżka...jeśli mi się to uda przed 23.30...pójdę sobie do nocnego po ćwiartkę gorzkiej żołądkowej...i zaleję się w trupa.
P.S.
Acha...jeszcze na sam koniec tej całej szajby dzisiejszej kol.G. odczuwała jakieś dolegliwości żołądkowe...stwierdziła, że może ma jakiegoś "czipa" w środku...zważywszy, że obydwie jesteśmy w takich dniach jak dziś pewne swoich związków z UFO, to z pewnością obie mamy czipy...cokolwiek to znaczy.

komentarze (11) | dodaj komentarz

Dziura w czasoprzestrzeni...

poniedziałek, 25 stycznia 2010 20:53
Jakoś przed południem jeszcze szło...po południu - porażka...A to papiery znikały i znajdowały się w miejscach co najmniej dziwnych. A to komputer przestawał w najważnieszym momencie działać i szlag trafiał robotę. A to jak już byłam na dole prawie przy samochodzie, to w tym moim worze, który mi sprzedano jako damską torebkę nie mogłam się doszukać telefonu i już byłam w połowie drogi z powrotem a on nagle się objawił, nie tam gdzie być powinien. A wszystko zaczęło się jak mniemam od prześwietlenia mi głowy...coś te promienie iks musiały nadpalić...Jednym słowem powinnam iść albo na długotrwałe zwolnienie gładko przechodzące w rentę inwalidzką albo na długi urlop taki przynajmniej 8 tygodniowy. Inaczej albo przepadnę z kretesem albo ktoś przepadnie przeze mnie...i jeszcze coś...jakiś czas temu wracając do domu z pracy zajechałam sobie "eligansko" Validolowi pod garaż jak gdyby nigdy nic zamiast do siebie...dziś znalazłam się na Wschód od Edenu...kompletnie nie mogąc się połapać gdzie jestem musiałam wysiąść i się rozejrzeć...a byłam trzy ulice dalej od domu...Dziura w czasoprzestrzeni...Nie wiem jakim cudem AŻ TAM się znalazłam...I w jakim celu...
Koleżanko G., podejrzewam UFO ze zgrają Tatulków...szukaj mnie poprzez Hubble'a...

komentarze (8) | dodaj komentarz

Tylko tyle...

niedziela, 24 stycznia 2010 22:18

Myślę tylko o tym jak się jutro wieczorem przyodziać, żeby móc popatrzeć w niebo dłużej niż 10 minut i czym okleić sobie twarz, żeby mi lornetka do oczodołów nie przymarzła...Tak jak dziś próbowała to zrobić (lornetka)...No i jeszcze o tym : jak skutecznie wyspać się w cztery godziny:) Wstaję jutro o 4.30...a jeszcze mam trochę do zrobienia...i mam dylemat czy jednak nie walnąć się teraz w pościel i wstać o trzeciej, czy może jednak coś zrobić i wstać o tej 4.30...
Chyba jednak walnę się teraz, bo mi powieka leeeciii...
|-o zZ... zZ... zZ......dobranoc Państwu...

P.S.
Takie nieba nie można przegapić! Zanim się walnę...idę pomarznąć...



komentarze (3) | dodaj komentarz

Marznie w nosie...

sobota, 23 stycznia 2010 18:56
1) 17 stopni poniżej zera...fantastycznie!
2) Niebo przecudne...takie lubię:)
3) Rękawiczka przymarzła mi do kierownicy...niezrozumiałe...
4) Pies Który Nie Szczeka jest w swoim żywiole...ja też:)
5) Poważny maluje kaloryfer-wciąż ten sam i kaloryfer, i Poważny...
6) Berło śpi...czyli norma...
7) Mała Piękna szaleje...jak wyżej...
9) Sterty bałaganu, do posprzątania czekają...OOOOLEWAM!!!
10) ...sama nie wiem co...
11) Umówiłam się na dziś wieczór z Hansem...na śmierć zapomniałam...dzwonię...Hans 150 km stąd...też zapomniała...
12) Jak dobrze, że nie muszę już dziś nigdzie iść...będę sobie tutaj gnić...i zjem resztę wiśni z wiśniówki...
...spoko-luzik...

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wspominki...

piątek, 22 stycznia 2010 23:07
Zamiast bajki dla Małej Pięknej na dobranoc, było wspomnienie o moim Dziadku, w końcu dziś jego święto...Gdyby żył miałby w tym roku 98 lat...I popłynęłam w czar utraconego dzieciństwa...zima, mróz maluje na szybach przecudne obrazy...Babcia woła mnie do okna o poranku, żebym te cuda obejrzała...a za oknem w ogrodzie stoi bałwan, ogromny z garnkiem na głowie i szalikiem w kratkę...to niespodzianka od Dziadziusia, który jeszcze przed wyjściem do pracy, w ciemną noc wnuczce ulepił, żeby miała radochę jak się obudzi...
Tyle ciepła i miłości ile  podarowali nam wnukom, oboje ...Zawsze rano uśmiechnięci, z gotową herbatką, kiedy byliśmy już dorośli, to z kawką...raj...zawsze czuliśmy się u nich i z nimi jak dzieci - szczęśliwi i bezpieczni...bez względu na to, które urodziny mieliśmy już za sobą...zawsze.
Strasznie mi ich brakuje...
Te wspomnienia są jak skarb...jak powrót do domu.
...

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dzień Babci...

czwartek, 21 stycznia 2010 14:19

Widzę

 

Wciąż widzę twoja lampę

śmieszny nos na ścianie

szafę ciepłą od ubrań

długie do widzenia

słomiankę przy drzwiach

klamki łopotanie

każde wspomnienie

to nasze spotkanie

najłatwiej się pamięta

kiedy kogoś nie ma


Jan Twardowski



komentarze (1) | dodaj komentarz

Wracam z gór...

środa, 20 stycznia 2010 18:48
No może jednak z dolin wracam. W sumie jakoś się nastrój wypłaszcza. Nie wiem czy to dobrze ale po wczorajszej wojnie, której przyczynkiem była ciężka łapa Poważnego i uszkodzenie sprzętu przy moim chorym łbie jakoś lepsze to niż wariacja...Nie czuję się najlepiej. Ale komputerek mam naprawiony:):):):):):)...ostrzegłam, że jeśli ktoś się do niego zbliży będę dźgać widelcem bez ostrzeżenia. Mój ci on! WARA! Wrrrr...
I idę się położyć, muszę jakoś przeżyć do wizyty u neurologa, która wypada mi...w Dzień Kobiet...NFZ = Nienormalne France i Złodzieje...Dobrze, że onkolodzy przyjmują w ciągu miesiąca, chociaż ci, którzy może mają raka trzustki, to raczej mogą się nie doczekać. Chory kraj...dlatego tak nienawidzę ZUS-u i tych ich SIEDZIB...a w bankach komercyjnych długi im rosnąąąą, że hej!
Korzystam z porad lekarza domowego góra 3 razy do roku...niechby brał 100 zł za wizytę...czy ja nie mam prawa oczekiwać, że płacąc regularnie siano na ochronę zdrowia będę czekać na wizytę u specjalisty no najwyżej 10 dni...Ja rozumiem, że to jest wspólny worek, że się składam na operację by passów, przeszczepy wątroby, prostowanie przegrody nosowej, implanty ślimakowe, leczenie raka, zawałów, resekcje żołądków, operacje prostaty itp...ale sami przyznacie, że mogliby jakoś rozsądniej zarządzać tymi naszymi pieniędzmi...A tu w przychodni przyjmuje 3 lekarzy domowych i zatrudniają 3 rejestratorki...a doproś się o skierowanie na morfologię...na NFZ za 15 zł...nie możliwe...

komentarze (13) | dodaj komentarz

Szewska pasja...

wtorek, 19 stycznia 2010 19:31
1) Rtg głowy mam zrobiony.Jutro wynik.
2) Poważny psuj zepsuł mi laptopa. Obraził się o to. Wyprowadził i wrócił nie-odobrażony.
A ja : "umęczon pod Ponckim Piłatem, umarł i pogrzebion"...
...

komentarze (3) | dodaj komentarz

Reperkusje...

poniedziałek, 18 stycznia 2010 18:41
Jak było wczoraj-wiadomo. Dzisiaj mam zakwasy w udach i zespół chronicznego zmęczenia. Podobno pod mikrosopem elektronowym, mózg chorego na chroniczne zmęczenie wygląda jak sitko z mikrodziurkami. Mój nie podobno a na pewno tak wygląda. Przez te mikrodziurki wycieka mi wszystko. Wena też. Koleżanka G., poszła do okulisty i musi być b. źle, bo zapewne nie mogłą odczytać mojego smsa z pytaniem "jak tam?". Odpowiedzi nie ma:(. No chyba, że komuś innemu posłałam, co mi się notorycznie zdarza. Dobrze, że nie próbowałam do niej dzwonić, bo pewno i tak dodzwoniłabym się do kogoś innego:( . Zdycham ale zdobyłam się na to, żeby sprawdzić dlaczego pies głodny nie chodzi i odkryłam , że Poważny tak sobie drzwi wystawione przeze mnie wczoraj ustawił, że przełazi przez dziurę po szybie...Ręce opadają...W ogóle wszystko opada...szczena też.
Idę sobie cicho zdychać...Nie zdechnę, nie ma szans...już mnie tu atakują najbliżsi...
NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE ODWALCIE SIĘ WSZYSCY, NA DRZEWO! (w duchu oczywiście tylko sobie wierzgam!)
W duchu to prawie wszystko można...prawie...a to jest wielka różnica...
Acha...dzisiaj poczytałam o tym jaką śmiercią umarli niektórzy starożytni filozofowie i artyści ... jeden przestał sobie oddychać i umarł (miał b.silną wolę), jeden zobaczył jak osioł je figi i umarł ze śmiechu (musiał jakąś głupawkę chyba załapać) a Homer (ten mi jakoś najbardziej jest bliski, toż nazwisko mimo dziur w mózgu udało mi się zapamiętać), Homer umarł ze zgryzoty...najprawdopodobniej spadł sobie z jakiejś skały zapomniawszy, że na niej siedzi...tak mu było wszystko jedno...
Ten, jak mu tam, o! Ten Homer musiał być moim przodkiem...(a może "tyłkiem"...tyłek zawsze z tyłu i bardziej pasuje do tego co już za nami...)
...

komentarze (6) | dodaj komentarz

Proza...

niedziela, 17 stycznia 2010 15:45

Z siedmiu dni tygodnia - niedziela - ten pierwszy lub jak kto woli, ten ostatni - przeznaczony jest na powstrzymanie się od prac niekoniecznych...I się powstrzymałam. Skupiłam się na tym co konieczne czyli na odgruzowywaniu i odminowywaniu. Towarzystwo domowników przezornie pokładło się spać przed południem. Berło jak zwykle a Poważny, bo odwalił o poranku kawał roboty odśnieżając, drwa nosząc, psa wyprowadzając...i padł. Mała Piękna schodziła mi przezornie z drogi, bo zdążyła się nauczyć, że jak matka sprząta, to nie przypomina matki tylko wściekłego cyborga. Lepiej więc unikać nawet wzroku, który wypala dziury w pancernej stali...Tak więc szarpałam się z łazienką, której szczerze nienawidzę, powywalałam do worów na śmieci, jakieś pierdolety zalegające od lat pięciu po przeprowadzce, m.in. lokówkę zakupioną spod lady w latach osiemdziesiątych...po diabła to leżało w szafie, nie mam pojęcia. Może miało byś wysłane do Muzeum PRL... I nutka historii...21.10.2009 Mała Piękna zbiła szybę w drzwiach...miałam zamiar zawieźć drzwi do szklarza ale tego nie zrobiłam litując się nad Poważnym i mu roboty „nie wyżarłam". I dzisiaj drzwi bez szyby po trzech miesiącach moich próśb „weź te drzwi do szklarza" i nieodmiennie stałych odpowiedzi : „jutro"...wzięłam na plecy i wyniosłam do piwnicy stawiając je w taki  sposób, żeby Poważny do żarcia dla Psa Który Nie Szczeka, nie mógł się dostać bez ich wynoszenia. Może jak mu będą przeszkadzały, to się wreszcie doczekam tej cholernej szyby...Wyspany Poważny, to zadowolony Poważny a zadowolony Poważny, to pomysłowy Poważny...i się wziął...za malowanie grzejnika. Dobre i to. A ja, po trudach walki, nawet nie mogę się w wannie wymoczyć, bo się syfon tak zatkał, że nie da się przetkać tradycyjnymi „wargami Murzyna", Kretem ani spiralą...bez wymiany całego ustrojstwa się nie obejdzie. Ażeby się do tego dostać, trzeba kilofem zabudowę wanny rozpirzyć!!! Remont łazienki na wiosnę mam obiecany...do wiosny będziemy śmierdzieli albo myli się oszczędnie, po sudańsku raz na kwartał w ciurkającej z kranu wodzie, bo tyle jeszcze  ten zatkany syfon odbierze...

Oho! Kawa mi pachnie...ktoś o mnie pomyślał...idę stąd tym razem zabieram się za siebie, bo jeszcze w piżamie chodzę...skandal! Ale tego mi było trzeba...tej kawy w sensie...

A za oknem duje i śnieży a to mnie bardzo cieszy! Brakuje mi tylko gromów, błyskawic, trąby powietrznej i sztormu...



komentarze (4) | dodaj komentarz

Rybie...

sobota, 16 stycznia 2010 22:18

Robiłam za Dziadka...

czwartek, 14 stycznia 2010 19:03

Dzień Babci przed czasem w przedszkolu...Mała Piękna wystąpiła w przedstawieniu na tę okoliczność. Dzieciaki powtórzyły dla Szanownego Dziadkowstwa i Babciowstwa Jasełka z grudnia. Były o niebo lepsze te występy, bo już mocno rozluźnione dzieciaki, pozbawione tremy rochę się wygłupiały...Jeden z Trzech Króli zgubił rekwizyt - "kadzidło" i wyrwał koledze "złoto" a ten ostatni zdjął koronę i użył jej zamiast wyrwanego "złota". Któryś z chłopców ziewał przeraźliwie i w trakcie wygłaszania kwestii przez Pastuszków, ostentacyjnie padł na podłogę i teatralnie chrapał! Rewelacja...I dostałam laurkę, b.ładną, z fotografią Małej Pięknej. Dostałam , bo na prośbę Małej Pięknej robiłam za Dziadka (Dziadek nie mógł być, chociaż może i był, tylko, że się nie objawił i dobrze, bo by się dzieci ducha wystraszyły)...Berło też dostało laurkę, taką samą jak ja tylko z czerwonym kwiatkiem:)...Placki, ciastka, kawka, herbatka...Zwinęłyśmy się stamtąd, kiedy dzieciaki zaczęły tak dokazywać, że nie dało się już wytrzymać...
Taki dzień, miły. Przedszkole,  zakup kontrolowany, tym razem naprawdę damski...piżama! Uszyta w Bangladeszu...uwaga, bo krojczy mają tam inne normy i w tę piżamę, chociaż mój rozmiar (pod wysokim stołem przechodząc schylać się nie muszę...), spokojnie wmieściłby się mój Kuzyn Zwany Zupką - 192 cm wzrostu. Co prawda góra od tej piżamy nie zakrywałaby mu pępka ale za to spodnie musiałby sobie mocno podwinąć...
I na koniec stały klient, który co roku jak ksiądz po kolędzie w styczniu się zjawia - Pan Krótkie Spięcie, elektryk...którego Pies Który Nie Szczeka pogooonił...
Klient : "Pani , jakby mnie to ugryzło!" 
Ja : "Paanie, pies się bał bardziej niż pan..." (próbowałam ratować sytuację, bo facet był silnie przestraszony)
Klient : "Pani, on udawał, że się boi a ja udawałem, żem jest odważny taki. Jeszcze chwilę i bym go pogryzł" 
Skończyło się dobrze.Nikt nikogo nie pogryzł. Pan Krótkie Spięcie rozglądając się niepewnie, przemierzył w kilku susach dystans od drzwi do furtki i odjechał...i wtedy zabrałam się za Poważnego, który mimo, że gadam na ten temat od zawsze, że jak biuro czynne, to pies w kojcu, ma to gdzieś. Klient dzwoni do furtki a ja latam jak debil szukając Poważnego, żeby psa schwytał na lasso i uwiązał...A klient czeeekaaaa. Mam cierpliwą na szczęście klientelę. Oczywiście Poważny zwalił wszystko na Berło, która wpuściła gościa nie sprawdziwszy przedtem czy pies luzem czy nie. Niepoprawny jest, niepoprwany. Ale plakat informacyjny już wydrukowałam, kiedy biuro czynne i kiedy pies ma być uwiązany. Dziesięć egzemplarzy zawiśnie na trasach przelotów Poważnego...Jak to nie pomoże , to go oddam do schroniska (nie psa, oczywiście)...
I to by było na tyle. I tego się trzymam.



komentarze (5) | dodaj komentarz

O cholerra jasna!

środa, 13 stycznia 2010 19:35
Wychodzę "sraboty" (cóż, rosyjski dosadniej niż polski oddaje emocje w tej kwestii) po 10 godzinach z hakiem...(szkoda, że haka w ręku nie miałam)...Dyrektor Parkingu jak zwykle pyta : "Jedziemy?" i dodaje :"Pani widzi tę bryczuszkę przed sobą? To jest jednego lekarza z tej przychodni, on bardzo prosił, żeby kierowca pani auta odpalał na wstecznym, żeby mu nie deknąć". No faktycznie, bryczuszka rozłożysta, zapewne należąca do ginekologa lub dentysty-ortodonty, trudno nie zauważyć...Wsiadająć do mojego ustrojstwa do jeżdżenia (bo przy tej bruczuszce, na taką nazwę jedynie zasłużył "francuzik" mój) pomyślałam sobie, że jakoś "ten kierowca mojego auta" się nie pokazuje i sama muszę się do domu zawieźć...i życzeniu ginekologa-dentysty zadość uczyniłam tak zamaszyście, że wyrżnęłam w murek zadkiem...Budynek w Którym Straszy był tym murkiem, zahaczyłam jeszcze o rusztowanie o wysokości czterech pięter ...O dziwo - nie runęło...I O WIĘKSZE DZIWO...kompletnie mi nic nie jest w zadek, w sensie, że "francuzikowi" nic nie jest...i pomknęłam...Wcale a wcale do domu mi się wracać nie chciało, obudził się we mnie "pierwiastek żeński" skrzętnie tłumiony i skierowałam się do jednego takiego duńskiego sklepu, wyłowić coś z przeceny:)...No i nakupiłam se! Same szalone, damskie zakupy...wycieraczkę do butów z motywem kwiatowym (jakby się uparł, to wypatrzy), suszarkę do bielizny na  grzejnik i...firankę, z tej ostatniej i tak zrezygnowałam przy kasie, bo mnie oszukali i zamiast 15,- zł wyskoczyła cena 59,- (SKANDAL - za kawałek chińskiej szmaty!). Zanim doniosłam do bagażnika połowa kłaków z tej wycieraczki była już na mnie - ale w ciemności tego nie widziałam - i wyliniałą wycieraczkę w domu mam. Do suszarki dorwał się Poważny, który dzień w dzień przepierki w ręku robi i dawaj montować...słyszę po chwili : "Kurdę, do czego to jest?Do d*py chyba, bo na grzejniku za cholerę się nie trzyma!" (strasznie się rozgadał, tak na marginesie).
Tak więc jednak skazana jestem na to, żeby damskich zakupów nie robić, lepiej mi wychodzi kupowanie śrubek, młotków, farb i lakierów oraz gładzi szpachlowej o olejach silnikowych nie wspomnę. I z tego powodu załapałam doła...
Jakby ktoś wiedział o jakiejś wyprzedaży w sklepie metalowym, uprzejmie proszę o cynk, poszaleję sobie...

komentarze (11) | dodaj komentarz

Stop...

wtorek, 12 stycznia 2010 20:54

Tam gdzie kończy się czubek własnego nosa zaczyna się szczęście...Ile mi ubędzie jeśli dam grosz? Ile mi ubędzie jeśli dam dziesięć złotych? Ile mi ubędzie jeśli dam milion? No może i ubędzie...ale ile zyskam. Zyskam poklask i uznanie? Może i tak. Zyskam przyjaciół? Może nie koniecznie, może nawet zyskam i kilku wrogów...
Przeliczamy, obliczamy...bez sensu...Potrafimy działać pod wpływem chwilowego impulsu nie bacząc na skutki...Niech i tak będzie byle nikomu nie zaszkodzić...A gdyby tak pod wpływem chwilowego impulsu komuś pomóc...Nie potrafimy? Przejrzeć pamięć i przypomnieć sobie...ten żebrak pod Okrąglakiem, dwa lata temu...babinka, która nie mogła przejść po oblodzonym chodniku...to było pięć lat temu...może już nie żyje...pierogi mrożone w Sylwestra do siatki jakiejś starszej pani, która mówiła, że głodna jest...uśmiech wysłany obcemu dziecku...czterysta mililitrów krwi wiosną...modlitwa...potrafimy...
R. dziś o Tobie myśleliśmy, Jeremi...
Sokół...
 Pszczółka
Dawidek...
Żona Skrytego...
Wszyscy...
Za mało , za mało Wam daję z siebie samej.
Przepraszam. To też za mało.
Gdyby się udało...Żeby się udało! 
Ile mi ubędzie jeśli dam serce...
Żeby tylko wystarczyło mi czasu...czasu na kolejną herbatę z cytryną...



komentarze (5) | dodaj komentarz

Atak zimy! (buhaha!)

sobota, 09 stycznia 2010 18:11

My się zimy nie boimy! Ja szczególnie. Zimnolubna jestem tak jak Pies Który Nie Szczeka...Poprószyło ciut, jakieś marne 15 cm leży, w porywach do 30 cm tam, gdzie zawiało i zamiotło a tu : "atak zimy!"...Atak zimy byłby, jakbyśmy z domu wyjść nie mogli, bo by nam drzwi zasypało. Nie ulega jednak wątpliwości, że ubrać się należy na tę okoliczność w miarę rozsądnie. A jak już przy "przyodziewku jesteśmy", to w związku z tym, że musiałam wybrać się w podróż do apteki, po lekarstwo dla Małej Pięknej (ropna angina...no bo niby kurdę co innego? Cuda-wianki? kurdę!), to byłam świadkiem takiej oto scenki przy okazji : pod Pasaż Rondo podjechała bryka. BMW. Wysiadło z niej dziewczę z narzeczonym...Narzeczony...no typowy narzeczony jeżdżący BMW rocznik 1992-trzy w jednym...Dziewczę, kozak biały na szpileczce, dżinsy-rybaczki (czy jak im tam...) w kolorze blue, biała kurteczka jej się biednej podwinęła i mroźny wiatr smagał jej nagą okolicę lędźwiowo-krzyżową (poezja, co?), no i poszli się rozerwać w sklepie jakimś...ale nie doszli...Biedne dziewczę wycięło tak pięknego orła na plecy, poślizgnąwszy się na grubej warstwie błocka pośniegowego pomieszanego z chlorkiem wapnia, który dziury wyżre w najgrubszej nawet blasze...a baran narzeczony jeszcze jakiś czas szedł, zanim się zorientował, że narzeczoną zgubił....W końcu zawrócił i widziałam kątem oka jak biedną dźwiga, otrzepuje z brei i do auta z powrotem prowadzi (kątem oka, chociaż mnie kusiło, żeby rozdziawić "papę" i się poprzyglądać porządniej...). Noo, i to byłoby na tyle...Nudzę się...Poważny co godzinę chodzi szuflować śnieg, mną się wcale nie zajmuje/przejmuje*. Przed chwilą jednak stwierdził, że "to bez sensu" ale zanim tak stwierdził, pokazał mi wiszące w naszej drewutni, gniazdo os wielkości 10 litrowego wiadra...W głowę zachodzę, kiedy one to zrobiły , ponieważ sprawdzałam latem i w początkach jesieni szopę regularnie i dokładnie pod względem os i szerszeni, ze względu na Małą Piękną, i tego giganta wiszącego w środku nad wejściem nie widziałam...Jutro za dnia sobie gniazdo zdejmę, przetnę i pogrzebię w środku...już się nie mogę doczekać!
A teraz : termometr, nurofen, augmentin i okłady na czółko!
:)...Normalka.
...
*-niepotrzebne skreślić



komentarze (4) | dodaj komentarz

Czego nam nie trzeba...(czyli tylko dla mężczyzn)

piątek, 08 stycznia 2010 21:34
Panowie! Żeby nie było, że tylko prezentujemy postawę roszczeniową, to uchylę rabka tajemnicy, czego my kobiety - nie chcemy. Proszę pamiętać, że to jest tylko i wyłącznie "rąbek"... Nie chcemy więc :
1) Żebyście się nie skupiali na tym o czym Wam mówimy.
2) Żebyście kłamali, że jedziecie coś załatwiać w weekend, bo i tach węch nas nie zmyli.
3) Żebyście nie dzwonili 3 razy dziennie z pytaniem "co słychać, kochanie?"
4) Żebyście rzucali skórki od banana pod łóżko w sypialni.
5) Żebyście nie potrafili przetykać rur.
6) Żebyście nie wiedzieli jak powiesić w toalecie nową rolkę papieru (bo sama nie wyrośnie!).
7) Żebyście nie wynosili śmieci jak się Wam o tym "pińcet" razy nie przypomni.
8) Żebyście grali nam na nerwach odpowiadając na każdą prośbę : "zaraz".
9) Żebyście nie kupowali nam kwiatów poza dniem kobiet i tylko na nasz pogrzeb.
10) Żebyście jawnie i na bezczelnego pożądali bliźniej obcej swojej ani żadnej rzeczy, które jej jest.
O!
Poza tym. Nie mam uwag.
...

komentarze (4) | dodaj komentarz

Czego nam trzeba...(czyli tylko dla kobiet cz.2)

czwartek, 07 stycznia 2010 19:25

Czwartek, czyli jak naucza Hrabia, weekend! Obie z koleżanką G. , jak to w weekendy ludzie mają (tzn.głównie faceci), miałyśmy dziś lenia przez wielkie eL! Wykazywałyśmy absolutny wstręt do wysiłku intelektualnego manifestując przy tym absolutne uwielbienie do drzemek, śledzi, kokakoli i czekolady z alkoholem...Koleżanka G. spadła też z krzesła twarzą na podłogę w pogoni za kartką papieru. Albo taka słaba, że ten papier ją przeważył i pociągnął w dół... A jeśli chodzi o "dół", to też nam się w ciągu dnia zdarzył, gdy uświadomiłam sobie, że kolejne badania okresowe będę miała wykonać mając lat...nieee, lepiej zachowam to dla siebie. W każdym razie w tym wieku, ludzie w średniowieczu przeważnie już nie żyli...Poza tym musiałyśmy odpowiedzieć na pytanie koleżanki z administracji, która kazała nam stwierdzić czy na naszym zapleczu, gdzie bierzemy prysznic w umywalce wielkości najmniejszego, dostępnego na rynku nocnika, woda cieknie tak, że "może sobie jeszcze ciec" czy "może cieknie tak, że nie może już dalej tak ciec". My : "????". Rzekłam jej, że skończyłam zasadniczą szkołę zawodową dla hydraulików i jestem pewna, że grozi nam zalanie! Nie uwierzyła...nie wiem czy w to, że taką zawodówkę mam za sobą, czy w to, że grozi nam zalanie i przyszła osobiście sprawdzić...obejrzała nasze rury, obejrzała umywalkę, w której "podobno" się kąpiemy...i stwierdziła, że wybłaga u Pana Ciecia wizytę u nas i ewentualną naprawę. Noo zooobaaaczyyymyyy? Moim zdaniem wcześniej z awanturą, że na łeb spadł komuś kawał odmoczonego tynku z sufitu przyjdzie jakiś wkurzony pracownik z pokoju pod nami. Dostała od nas "Duplo, die langste Praline der Welt"...i poszła sobie załamana, że zwolnili się z pracy wszyscy prawdziwi meżczyźni, czyli tacy, którzy potrafią każdą rurę odetkać!...Znów czułyśmy się jak dwa, rzadko odwiedzane , stare groby...A tu niespodzianka, prawie przed fajrantem przyszedł kolega Mecenas...i to był strzał w dziesiątkę...to było to czego było nam trzeba! Leń natychmiast znikł, oczy nam się zaświeciły, zachciało się żyć i działać...i czas było wracać do domu, niestety. Na kolegę Mecenasa padło! Kolega Mecenas od dziś ma "przegibane". Od kolegi Mecenasa będziemy zaczynać każdy dzień! Wystarczył świeży powiew testosteronu i mogłybyśmy wklepać 564392654 sztuki nudnych operacji gospodarczych, tak nam się nastrój polepszył!
Do czego to doszło koleżanko G.???? Do czego to doszło! 
Kto wymyśli "Mecenasa w Sprayu" będzie wyniesiony na ołtarze!
... 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Upadłe anioły...

środa, 06 stycznia 2010 20:20

Kredą znaki na drzwiach napisane, domostwo okadzone...Mała Piękna przy żłóbku asystowała nieco młodszej koleżance, której łapki tak sprytnie manipulowały przy figurkach, że Anioł się wy...przewrócił się...I co ciekawe winowajczyni zmyła się po angielsku a trzecia nieco starsza koleżanka Małej Pięknej została na miejscu zbrodni dzierżąc z przerażeniem w oczętach "corpus delicti". Przyszło mi upadłego anioła stawiać na nogi i summa summarum wyszłam na "dzidzię piernik", co anioły w żłóbku obmacuje. Gdyby nie pewien Mężny Człowiek, który przybył z odsieczą łapiąc w locie swoje dziecię poślizgnięte na rozlanej wodzie święconej, zwaliłabym dodatkowo z piedestału dwugarbnego wielbłąda...Mężny Człowiek został z dromaderem w garści a ja się mogłam "tedy" spokojnie oddalić...Pardon. No ktoś tego wielbłada musiał przytrzymać w ryzach. Dla mnie zdecydowanie za duży;) 
Ale ja w zasadzie nie o tym. Bo...Bo malownicza zima, malowniczy śnieżek,choineczki, lampeczki, bombeczki, domowe ciepełko i pachnące pomarańcze tak mnie nastroiły do wspomnień czasów, gdy czułam się spokojna i bezpieczna, że łezki uroniłam.Makijaż mi spływał, drogi przed sobą nie za bardzo widziałam ale wróciłam sobie myślami do tych dni, gdy prócz problemów z kieszonkowym, nieudaną sesją, ewentualnie cierpień z powodu nieszczęśliwego, chwilowego zakochania się (patrząc na niektóre wyczyny Poważnego nadal tak mam;)), żadnych poważniejszych problemów człowiek nie miał. I odkryłam, że mam SERCE!!! Mam. Porysowane tu i ówdzie, nadgryzione, popękane i kompletnie nieodporne na stres...kompletnie nie odporne...Łatam je, zaklejam dziurki, trzymam na wodzy, trzepnę mu klapsa jak za bardzo szaleje, robię wszystko by się nie wyrwało, bo jakby czasem się zanadto wyrwało ze swojej klatki, to bym tego zapewne już nie przeżyła. Włos siwieje a mnie się we łbie przewraca. Znów mam chęć jak kiedyś spakować niedosuszone ciuchy do plecaka, porwać koleżankę R. i zwinąć manatki, i pojechać w siną dal...I wiem, że niestety to się już nie wróci. Życie się kurczy, coraz mniej czasu, coraz więcej obowiązków, coraz więcej problemów, z którymi nijak nie mogę sobie poradzić. Nie przskoczę, nie przefrunę, nie ominę...nic nie wymyślę mądrzejszego jak tylko usiąść i pomyśleć o tym...jutro...jak Scarlett O'Hara.
A tym czasem o:
My Way
...cokolwiek to znaczy...



komentarze (6) | dodaj komentarz

Jak to ze snem było...

wtorek, 05 stycznia 2010 18:43
Wczoraj wykorzystując to, że Mała Piękna zwinęła się do snu już o 19.oo, co się zdarza raz na ruski rok, obsłużywszy łysego bruneta, co to wieczorową porą, szczęśliwa, że pośpię wybrałam się w kimono ok. g.22.oo! I...do 24.oo kręciłam się jakbym miała pieprz wiadomo gdzie, bo za diabła zasnąć nie mogłam. Kiedy już znalazłam sobie jakoś miejsce i zaczęłam zapadać w sen, to Poważny zaczął chrapać...Była godzina 1.oo...poszłam ze swoim "jaśkiem" do Małej Pięknej do łóżka...Kręciłam się, kręciłam, w końcu znalazłam sobie wygodne miejsce i zaczęłam zapadać w błogi sen...i gdy już miałam zapaść w ten cholerny sen rozszczekał się Pies Który Nie Szczeka...darł mordę pół godziny...nie wytrzymałam, wstałam, wywaliłam Poważnego z łóżka. W końcu Pies Który Nie Szczeka szczeka tylko wówczas, gdy jest jakiś naprawdę poważny problem. Poważny wstał, w piżamie wyszedł na dwór i zastał przed naszym płotem jakichś dwóch deblonów przy aucie z włączonym silnikiem, głośno rozprawiających na jakiś pieprzony temat, który musiał być tak ważny, że nie wzruszał ich nawet warczący, 70 kilogramowy pies! Podejrzanych typów przegonił Poważny...Pies poszedł spać...Była godzina 2.30...Usiedliśmy w kuchni, zaparzyłam herbatkę, Poważny zjadł pomarańczę a ja dwa śledzie... Wypiłam herbatkę, zrobiła się 3.oo...poszłam do łóżka. I gdy już miałam zapaść w sen...o 3.30...przyszła Mała Piękna z komunikatem, że posikała się w piżamę! Przebrała się, położyła w naszym łóżku...spojrzałam na zegarek...4.oo...i jak już miałam zapaść w sen...o 5.oo zadzwonił cholerny budzik...
Zawlokłam się do pracy...powitała mnie koleżnka G. ze ściennym kalendarzem w ręku, na którym wymalowano hasło :
                                                       "Witaj w Klubie Dobrze Wyspanych"
...jakiegoś pieprzonego producenta materaców do łóżek...
...
Jak mi ktoś powie, że powinnam się wysypiać, to go oskóruję i zjem!

komentarze (7) | dodaj komentarz

Za oknem...

poniedziałek, 04 stycznia 2010 20:16
Za oknem to, co tygrysy lubią najbardziej- czyli - pełnoobrazowa zima... Poważnemu wierciłam dziurę w brzuchu, żeby mi fotografii parę zrobił tej malowniczej aury...dziurę wywierciłam ale on jak to on, coś popstrykał ale się nie pochwalił co i nic mi do żadnego pliczku nie "zrzucił". Ale jak już zrzuci, to zapewne foty Psa Który Nie Szczeka...pies merdający ogonem w śniegu, pies strzyżący uszami w śniegu, pies skaczący w śniegu, pies zasypany śniegiem, pies gryzący kość w śniegu...o! A bajkowej atmosfery okolicy ni chuchu nie znajdziesz. No może ewentualnie kawałek kojca psiego w szadzi całego. A poza tym przed chwilą wybudził mnie ze smacznego snu szarpiąc moją wystającą spod kołdry nogę...dostał zrąbkę, że nie delikatny, no i się obraził...I tak życie zimą się toczy, telefony milczą i żaden łysy brunet wieczorową porą nie zawita. I dobrze jest jak jest.
Idę dalej w kimono...
Jeziuuu, jak fajnie;)
!

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nastawiam się...

niedziela, 03 stycznia 2010 19:10

...pozytywnie ale z lękiem , mimo wszystko , zaczynam od jutra bój...poniedziałek, dzień jak każdy inny...
I tego się trzymam! Bez względu na to co się wydarzy...
...a jakby tak jednak stąd zwiać????
...chętnie;)
Ale jednak póki co biorę się w garść i stawię czoła temu, co ten poniedziałek przyniesie...
Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, czyż nie?
A może życie zrobi mi psikusa i będzie łatwiej?
Najlepiej będzie jak to sprawdzę.
Po prostu.



komentarze (4) | dodaj komentarz

Kosmos...

sobota, 02 stycznia 2010 9:32
Dzięcię moje, nocny marek (nocna marka) - śpi jeszcze...Zwykle trudno ją zapędzić do łóżka, bo "muszę jeszcze coś narysować". Wczoraj nie zapędziłam jej do łóżka z powodu kosmosu...National Geographic - "Wszechświat znany i nie znany"...seria...patrzyła jak zaczarowana...pulsar urzekł ją do tego stopnia, że chciała, żeby jej to przewinąć jeszcze raz...Bakcyla Mała Piękna załapała 3 lata temu, kiedy obserwowała Jowisza, Wenus na bezchmurnym niebie. Bezbłędnie znajdzie Wielką Niedźwiedzicę i Kasjopeę...Kupuję teleskop. Żeby nie wiem co. Jak się migałam z głupich powodów, to teraz walę do sklepu i kupuję...Piechotą do roboty trzeba będzie w ramach oszczędności ale trudno...kupuję!
Kiedy wyłączałam tv po programie - usłyszałam od niej : "mama, te czarne dziury, to mnie zmartwiły teraz, wiesz..."
Zanim zasnęła nagadałam się o Księżycu...ale były pytania, na które za diabła nie znam odpowiedzi...jak wytłumaczyć dziecku co to jest wodór????
Jak byłam w jej wieku, też mnie nie mozna było zawlec do łóżka, bo gwiazdy były tak ciekawe nocą:)

komentarze (13) | dodaj komentarz

01.01.10

piątek, 01 stycznia 2010 9:57
Kod zero-jedynkowy...Doskonały i uniwersalny. Pierwotny. Poleciał w kosmos z naszymi podobiznami, swego czasu...
Nie odliczam od zera. Nigdy. Nic nie ma końca ani początku. Wszystko się przenika, miesza,  zastępuje, kontynuuje...
Zmienia się tylko cyfra, bo tak się umówiliśmy...
Jednak jest mi potrzebny punkt odniesienia. Jak drogowskaz, jak urwisko przepaści, jak kolejny szczyt na horyzoncie. Przed którym mogę się zatrzymać, choć na chwilę i przejrzeć w pamięci sytuacje i fakty, twarze, dłonie,  niedokończone sprawy, plany na przyszłość...
Gdyby to było tak proste jak w zwykłej podróży - wyrywam kartkę z kalendarza, opróżniam bagaż, uzupełniam zapasy, ruszam w drogę czasem nie oglądając się za siebie...
Dziś ruszam dalej, biorąc w dłonie garść z tego co ubiegły rok mi podarował...łzy, radość, bliskość...
Łzy abym miała czym się studzić, radość abym miała czym się ogrzać, bliskość abym miała dokąd wrócić...

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 23 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  93 669  

Czas jak rzeka...

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

LATO 2013

Polecam...

Niebo...

Patrz, słuchaj, baw się...albo i nie:)

Podziel się

To co w życiu ważne

Co ja robię tu...co ja tutaj robię?

To tylko mój wentyl bezpieczeństwa

Ja???

Eh,...:)

Szukajcie a znajdziecie...

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Spis ludności w liczbach...

Odwiedziny: 93669
Wpisy
  • liczba: 725
  • komentarze: 2518
Galerie
  • liczba zdjęć: 23
  • komentarze: 16
Bloog istnieje od: 3379 dni

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: